LASTFM'OWO, POST-METALOWO, PROGRESYWNIE


Link 07.06.2008 :: 20:47 Komentuj (4)

* Z góry uprzedzam, że tekst ten przepełniony jest treściami pirackimi.*


No i do czego to doszło? W dobie superszybkiego internetu człowiek nie podnosząc tyłka z krzesła jest zdolny w ciągu jednego dnia dorwać lekką ręką dziesięć albumów muzycznych, z czego tak naprawdę przesłucha tylko dwa. Reszta w najlepszym przypadku zostanie na jakiś czas zapomniana, czekając na swoją kolej gdzieś w jednym z podfolderów o nazwie "nowe mp3". Pomocna w takim wypadku jest możliwość losowego wybierania kawałków w Winampie. Sam tak uczyniłem i muszę przyznać, iż niektóre tytuły widniejące na playliście rzeczywiście wprawiły mnie w zdumienie. Pozwolę sobie na przypuszczenie, iż z podobnym problemem borykają się miliony internautów, którzy zaspakajają głód oraz ciekawość muzyczną w nadziei na odnalezienie czegoś, co rzeczywiście wpadnie im na dłużej w ucho. Ja natomiast stwierdzam z bólem, że zwyczajnie zapędziłem się w kozi róg.

Natury nie da się zmienić - posiadam tylko jedną parę uszu, a kartki w kalendarzu bezlitośnie zbliżają mnie do premier kolejnych ciekawych płyt. Siłą rzeczy kilkunastu albumów po prostu nigdy nie przesłucham w całości.
Pośrednim sprawcą nadmiernego przyrostu mp3-jek na twardym dysku jest serwis Last.fm. Wynalazek ten do najmłodszych nie należy, ale jak już nie raz wspominałem, to co popularne dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. Tak więc kiedy inni postanowili pożegnać się z witryną i wcisnąć magiczny przycisk "delete account", ja (chociaż z początku pesymistycznie nastawiony) rozpocząłem interesującą podróż po Last. Dobrodziejstw stronka posiada co nie miara, aby jednak nie zanudzać wspomnę jedynie o dwóch dla mnie najważniejszych: odnajdywanie podobnych stylistycznie wykonawców oraz możliwość wglądu do odsłuchiwanej przez innych użytkowników muzyki. I w tym momencie pojawia się oczywisty wniosek. Wspomniane wyżej cechy serwisu nie brzmią w najmniejszym stopniu jak otwarta krytyka. To jedynie człowiek źle wykorzystując dane narzędzie pomocy może przynieść szkodę sobie samemu.
Co by jednak nie mówić, pewne tytuły zdołały na stałe wejść do moich ulubionych. I o tym zasadniczo miał być właśnie ten tekst. Niestety znów dała o sobie znać moja tendencja do odbiegania od tematu. Dlatego jeżeli ktoś jeszcze ma siłę zagłębić się w dalszą treść (a raczej jego końcówkę) to gorąco zapraszam. Obiecuję nie dać się zwieść ponownie temu złośliwemu chochlikowi w mojej głowie.

No więc cóż ja takiego ciekawego słucham?
Dużo ostatnio u mnie post-metalu. Do zainteresowania się tym nurtem skłoniły mnie pochlebne słowa o najnowszej płycie Neurosis z ust mojego kolegi. Mimo, iż nie przyjęła się na długo w moich głośnikach, za sprawą wspomnianej wyżej opcji oferowanej przez L-fm dotarłem do takich kapel jak Callisto, Jesu, The Ocean, czy też znakomitej Cult of Luna. Natomiast słuchany na długo przed tym Isis pozwolił mi bezboleśnie wejść w klimat post-metalowego grania. Nie zapomniałem również o moim ukochanym progresywnym rocku/metalu. Gdyby nie internet prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym chociażby o takim Pitbulls In The Nursery. Jest to kawał cholernie dobrego technicznego death metalu, którego dźwięki budzą skojarzenia z legendarnym Death (moim skromnym zdaniem rzeczywiście można się dopatrzyć pewnych podobieństw). A co powiecie na taki twór jak Between The Buried And Me? Dla mnie jest to wręcz cudaczne połączenie progcoru z echami twórczości młodzieżowego rocka i sztandarowego progresu, które o dziwo znakomicie sprawdza się w praktyce. Radość grania i młodzieńczy wigor jednym słowem. Na koniec chciałbym wspomnieć o dwóch pozycjach, które ugasiły nieco gorycz związaną z rozczarowaniem moimi dwiema ulubionymi formacjami. Pierwsza z nich to Porupine Tree. Banda Wilsona nagrała album przyzwoity (mowa o Fear of a Blank Planet), zwarty i konkretny. Momentami zaskakująco ciężki i na swój sposób innowacyjny. Szkoda jednak, że nie zdołał wywrzeć na mnie takiego wrażenia jak poprzednie krążki, do których wracam z o wiele większą aprobatą. Najnowszy album No Man (dla niewtajemniczonych - w nim również zasiada uzdolniony Mr Wilson) w pełni mi to zrekompensował. Podobną ulgę przyniosła EPka Bloodbath - Unblessing The Purity. Grupa ta za wiele wspólnego z twórczością Opeth nie ma. Wspólnym mianownikiem spinającym oba projekty, są muzycy Martin Axenrot oraz Mikael Åkerfeldt. Opeth - Watershed do najcięższych albumów nie należy, natomiast Bloodbath pokazało, iż Akerfeldt pamięta jeszcze co to znaczy porządnie przygrzmocić.

Uff... strasznie wymęczyło mnie to pisanie. Nie obrazicie się, że zakończę te dywagacje bez wytrawnej puenty? Dodam jedynie, że do omówienia jest jeszcze masa projektów muzycznych. Przy nadarzającej się sposobności napiszę o nich w jakimś ambitniejszym tekście.



Narka :)

Cult of Luna


Pitbulls In The Nursery


Between The Buried And Me


Bloodbath


No Man


Majter





SAMO ŻYCIE OKIEM KAMERY


Link 22.03.2008 :: 15:22 Komentuj (7)
Ostatnio zdołałem odnotować u siebie bardzo ciekawą cechę - opóźniony zapłon. Dla czytelników bacznie śledzących treść tego bloga wydaje się to rzecz niemal oczywista. Ja natomiast musiałem zmierzyć się z tą okrutną prawdą zupełnie nieświadomy swej ułomności. Skoro jednak mamy już ten problem za sobą, mogę z czystym sumieniem poruszyć kolejny wyświechtany do granic możliwości temat.

BIG BROTHER 4.1



Nawet nie jesteście w stanie wyobrazić sobie jak bardzo pochłonęły mnie wczoraj losy bohaterów domu Wielkiego Brata. Gdybym wcześniej zdawał sobie sprawę z tego jakimi idiotami są Ci ludzie, to z całą pewnością stacja TV4 należałaby do najczęściej wyświetlanych na moim małym ekranie. Nic jednak straconego. Żyjemy przecież w dobie internetu, a nieoceniony serwis Youtube zdołał w pełni zapoznać mnie z najważniejszymi momentami życia zamkniętych w czterech ścianach obiektów zainteresowania tysięcy Polaków. Mieszanka charakterów, która musiała spędzić ze sobą te parę miesięcy mogłaby posłużyć za świetny materiał na 10 sezonów Beverly Hills 90210. Niestety, prawda jest mniej ciekawa. Najprawdopodobniej każde zachowanie, kłótnia, czy też pozornie niezamierzona kontrowersja i afera znajdują swoje źródło w wyobraźni scenarzystów. Wyobraźmy sobie jednak przez maleńką chwilę, że wszystko to na co spoglądamy jest jak najbardziej naturalne. Otrzymujemy w takim wypadku kilka ciekawych modeli osobowości. Zapatrzoną w siebie czekoladowa piękność, której ulubionym zwrotem jest "nie wiem", hybrydę zaściankowego skejta i włoskiego gangstera, spoko zioma w szaliku, zawsze stojącego po stronie sprawiedliwości oraz zniewieściałego "humanistę", wokół którego rozpętała się istna gay afera.


Na szczególną uwagę zasługuje atmosfera panująca w tym telewizyjnym przybytku. Obgadywanie pozostałych uczestników stało tam na porządku dziennym (czwarta edycja została zakończona, dlatego używam czasu przeszłego). Wzajemna niechęć była natomiast ukierunkowana równomiernie do ilości okazji pozostania w centrium uwagi kamer. Podobnie miała się też rzecz z aktami dobroci. Ujmijmy to tak. Mieszkańcy najwyraźniej przyjęli sobie zasade, że kiedy komuś dzieje się krzywda, trzeba tą osobe natychmiast przytulić. Zbiorowe uściski to wręcz matematyczne odwzorowanie takich zachowań. Logiczne jest bowiem, iż osoba znajdująca się poza kupką obłapujących się nawzajem i szlochających "przyjaciół" zostanie odebrana przez mało wybrednego widza za osobę oschłą i niewartą czasu antenowego, który eksploatuje na naszych oczach w sposób wręcz niegodny. Inną postawę zajmuje "spoko koleś w szaliku". Wtrąca się do nie swoich konfliktów, prawi moralitety i emocjonuje się o wiele bardziej, niż powinien. Czysta empatia? Nie wierzę.


Z tego co mówią finał programu wygrała Jolka. Niezmiernie prosta dziewczyna z przesadną opalenizną. Mimo to składam serdeczne gratulację! Moim zdaniem nagroda słusznie trafiła w jej ręcę, ponieważ rozrywka jaką jest BB nie powinna być rozpatrywana pod kątem poszukiwań moralnych autorytetów - zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie z jakich bandą inteligentów mamy w tej chwili do czynienia. Osoby, które świeciły prawością, wzbudzając przy okazji naszą sympatię, a niekiedy szczery żal, spokojnie mogłyby napisać dobrą pracę dyplomową z aktorstwa. Natomiast wspomniana wyżej Jola - zwyciężczyni edycji 4.1 - w swojej głupocie była tak szczera, że niestety... prawdziwa.

Majter




NASZA KLASA - PRZEMYŚLEŃ CIĄG DALSZY


Link 04.03.2008 :: 21:40 Komentuj (2)

Miesiąc temu całkiem porządnie dostało mi się w internecie z powodu mojego poprzedniego wpisu. Długa przerwa w pisaniu nie była jednak spowodowana traumą, lecz banalnym w swej prostocie brakiem weny, znudzeniem, zdezorientowaniem i lenistwem. Musicie też wiedzieć, że ostatnio przetaczam się przez ulice w nadziei na jak najszybszy koniec zimy. Nienawidzę tej pory roku. Niechęć tą potęguje fakt, iż natura nie uraczyła nas w tym sezonie widokiem pokrywającego wszystko białego śniegu. Całkiem dobrze wywiązała się zaś z kwestii mrozu i wiatru. Dosłownie nie mogę doczekać się chwili, kiedy zrzucę z siebie ciężką kurtkę. Zanim to jednak nastąpi muszę jeszcze trochę pognić w domu, w międzyczasie wyskakując do jakiegoś pubu lub spijając tanie wino z dala od ludzkich oczu. Dużo zabawy dostarcza mi również szukanie nowych znajomości na Naszej klasie. Na początku myślałem, że nie znajdę w tym serwisie cech, które mogłyby na dłużej przykuć moją uwagę. Stała się natomiast rzecz odwrotna i niezamierzona.


Nasza klasa zdołała skupić wokół siebie zainteresowanie nie tylko absolwentów polskich szkół. Przebiła się bowiem na nowy, nieoświatowy poziom, aby zaraz potem złamać bariery czasu i przestrzeni, wykrzywić rzeczywistość i pozwolić fantazyjnym światom dostać się do szarej, polskiej strefy. Tym oto sposobem w moich kontaktach znalazły się postaci wybitne, gwiazdy ekranu oraz bohaterowie, którzy wcześniej zamieszkiwali jedynie kreskówki oraz baśnie opowiadane do snu. Pozwólcie, że podziele się z Wami tym doświadczeniem. Oto zbiór najbardziej charakterystycznych i nieszablonowych osobistości w mojej liście znajomych:



He-Man: Książe Eterni. Jeden z najpotężniejszych ludzi we wszechświecie. Jest strażnikiem Posępnego Czerepu. W wolnych od heroicznych obowiązków chwilach odwiedza Naszą klasę.


Bobek: Niesforny mieszkaniec Doliny Muminków. Zawsze pojawia się tam, gdzie jest najmniej potrzebny. Wścibski i upierdliwy. Ten mały psotnik na chwilę obecną ma już 910 znajomych.


Pszczółka Maja: Któż nie słyszał o tej dzielnej, małej istotce, niepozornie fruwającej w rytm piosenki śpiewanej przez Wodeckiego? No oczywiście, że nikt. Rekordzistka - 3163 kontakty. Świadczy to jedynie o niesłabnącej z naszej strony miłości do niej.


Gizmo Gremlin: Tego stworka natomiast darzę ogromnym szacunkiem. Nie dość, że facet ma świetne poczucie humoru, to w dodatku pamięta, że wieczorem nie ma co się opychać jedzeniem. W przeciwnym wypadku grozi to mutacjami fizycznymi oraz psychozą maniakalną.


Claire Bennet: Słynna czirliderka o mocy regeneracji. Co tu dużo mówić? Dziewczyna ze snów. Jest piękna, mądra i utalentowana. Aż dziw bierze, że przyjęła mnie do grona swoich internetowych przyjaciół.


Buka: ... z nią sprawa przedstawia się nieco bardziej skomplikowanie. Mimo moich usilnych starań, wciąż nie mam jej w swojej liście znajomych. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się skruszyć lody - dosłownie i w przenośni.  


Na dzisiaj to już tyle. Do zobaczenia w następnym, niezwykle inspirującym i fascynującym felietonie.


Majter




STUDENTIX PRZEGRYWA Z NASZĄ SZKAPĄ


Link 28.01.2008 :: 19:07 Komentuj (12)

Ciekawe zjawisko daje się odnotować ostatnio w internecie. O tym, że wszyscy siedzą już na Naszej-klasie nie trzeba chyba nikomu przypominać. Czy zauważyli jednak państwo wpływ tego medialnego giganta na swoich mniej popularnych braci? Czasem takie zależności widać niemal gołym okiem. W trakcie trzymiesięcznego strajku amerykańskich scenarzystów podskoczyło przykładowo zainteresowanie grami komputerowymi, ogromnym powodzeniem cieszył się również i tak już niezwykle popularny serwis Youtube. Natomiast nasza-szkapa znokautowała całkowicie jedną z moich ulubionych społeczności sieciowych - Studentix. Zapewniam, że nie jestem ich człowiekiem, a jedyną rzeczą łączącą mnie z tym serwisem jest założone tam konto. Co by jednak nie mówić o tego typu wynalazkach, Studentix należał do tych bardziej udanych i miał to, czego brakuje większości - klasę  (całe szczęście nie tylko w pasku adresu).


Autorom NK'i wyraźnie brakuje pomysłu na serwis, którego ułomności, są coraz bardziej dostrzegalne. Powolny serwer, brak przejrzystego menu oraz elastycznego inerfejsu to jedynie fizyczne przykłady. Co natomiast dzieje się, gdy w grę wchodzi etyka i kwestia dobrego smaku? Dlaczego nikt nie pomyślał jeszcze o tym, aby zaskarżyć serwis o łamanie praw o ochronie danych osobowych? Przecież nie każdy życzy sobie, aby jego zdjęcie pojawiało się w wirtualnej odpowiedniku dziennika szkolnego. A co z nauczycielami będącymi nieustannie na ustach userów tamtejszego forum? Co niektórzy dostaliby zawału na widok materiałów pojawiających się na ich temat. Nie żebym sam się nie wyśmiewał, ale stawia to jedynie NK jako internetowe zjawisko w niezbyt przychylnym świetle. Studentix posiadał opcję ograniczonego dostępu do własnego konta oraz zamknięte grupy dyskusyjne. Idealne rozwiązanie dla wprowadzenia ogólnej kultury wypowiedzi i swobody poglądów bez zniesmaczenia dla pozostałych userów. Ale czy na podobnej zasadzie nie działają prawdziwe fora? Z mojej wypowiedzi pochopnie można wysnuć wniosek, iż powinno się zapieczętować hasłem każdą grupę dyskusyjną osobom z zewnątrz. Nic bardziej mylnego. Jeżeli jednak rozpatrujemy to w odniesieniu do społeczności internetowych, to coś tu chyba jest nie tak. Wiąże się z tym jeszcze jedna, najbardziej wkurzająca cecha NK. Jeżeli chociaż raz wejdę w podforum o tematyce dajmy na to zoofilskiej (ahhh ta jurna szkapa [sic!] ) w celach typowo humorystycznych, to w tablicy mojego profilu widnieje widoczna jak byk informacja o mojej przynależności do owego forum amatorów zwierzęcych krągłości. W przypadku Studentixa istniała możliwość dowolnego opuszczenia grupy po zapoznaniu się z treścią bez jakiegokolwiek śladu swojej tam obecności.


Na koniec wspomnę o hipokryzji, jaka wylewa się z tego miejsca. Owczy pęd ku osiągnięciu milionowej liczby przyjaciół przysłonił początkowe idee. Bez wątpienia jest to fajna zabawa, a możliwość odszukania starych znajomych oraz odświeżenia kontaktów stanowi ekscytujący element tej rozrywki. Niektórymi zabawkami trzeba jednak umieć się bawić.


Majter




JAK OTWORZYĆ WINO BEZ USZCZERBKU NA ZDROWIU?


Link 27.01.2008 :: 10:50 Komentuj (4)

Lifehack to ogólna nazwa sposobów i trików używanych do ułatwiania sobie życia. W szczególności są to pomysły programistów, którzy próbują przenosić idee i koncepcje informatyczne na codzienne życie.


żródło: Wikipedia


Minęło już trochę czasu od kiedy moje usta ostatni raz nawilżone zostały napojem winopodobnym. Kącik alkoholowy leżał odłogiem, a piękna idea zapoznawania czytelników z walorami jabola popadała w zapomnienie. Do odświeżenia tematu zainspirował mnie post kolegi na jednym z lokalnych for metalowych. Ubolewał on nad faktem, iż podczas otwierania wina stracił pół zęba. Przypomniała mi się podobna sytuacja z udziałem przyjaciela. Byliśmy wtedy strasznie wstawieni, a stan ten niewiele pomagał w dobraniu się do trunku zapieczętowanego tzw. "chujowym, plastikowym korkiem". Jest on wyjątkowo nieporęczny ze względu na mocne przywieranie do powierzchni szklanej ścianki. Śliskie palce oraz upojenie alkoholowe uniemożliwiają zatem otwarcie go. Jednym skutecznym sposobem jest w takiej sytuacji skożystanie z własnego uzębienia. Co jednak zrobić kiedy mamy słabe szkliwo, albo po prostu boimy się, że stracimy wszystkie jedynki?



Sytuacja zazwyczaj wygląda następująco. Jesteś pijany. Próbujesz otworzyć wino kręcąc korkiem w kierunku wskazówek zegara. Jak nie trudno się domyślić - bezskutecznie. Powtarzasz zatem ten sam zabieg tyle, że w przeciwną stronę. Dupa. Korek jest porządnie przekręcony. Chwytasz go zębami. AŁA! Nie ma zęba.


Schemat wyraźnie pokazuje, iż siła mająca służyć nam do oderwania tworzywa przeciwstawia się i ciągnie wraz z nim zębiska:



Warto dodać, iż niewprawiony konsument pozostawia w korku wypustki, jeszcze bardziej przytwierdzające plastik do szkła. Sytuacja wydaje się zatem być bez wyjścia. NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Sprawdź czy masz pod ręką zapalniczkę. Jeżeli nie (wiadomo - nie wszyscy muszą palić papierosy), to skocz po nią do monopola. Pod żadnym pozorem nie zaopatruj się w zapałki. Są one przede wszystkim nieporęczne. Pamiętaj, że jednocześnie będziesz musiał pilnować kąta nachylenia butelki do płomienia, co z szybko spalającymi się zapałkami nie jest szczególnie proste. Nie trudno też w takim momencie o poparzenia. Popsułoby to całą zabawę z picia, a nie o to nam wszystkim chodzi.



Jeżeli kiedykolwiek zapalałeś znicz na cmentarzu, tudzież koktajl Mołotowa na stadionie, zdajesz sobie sprawę z tego, iż płomień musimy rozniecać "od spodu" (patrz: obrazek 3). W ten sposób unikniesz przypadkowego oparzenia. Pół minuty wystarczy, aby plastik stał się wystarczająco miękki. Na wszelki wypadek sprawdź to opuszkiem palca. Bez obaw. Tworzywo te szybko stygnie więc nieprzyjemne konsekwencje nie wchodzą w grę. Upewniwszy się, że dalsze przypalanie jest już zbędne, chwyć korek i pokręć nim w dowolnym kierunku. GOTOWE!


Teraz nie pozostaje Ci już nic innego, jak tylko napić się upragnionego wina. Smacznego!


Majter




KOMIKS ROKU 2003 - MAGAZYN TIME... OSCAR W DRODZE?


Link 26.01.2008 :: 13:42 Komentuj (2)

Niezmiernie liczę na nominację do Oscara dla Persepolis za najlepszy film nieanglojęzyczny. Wiem, powinienem wykazać się większym patriotyzmem i żywiołowo kibicować obrazowi Andrzeja Wajdy, ale:


po 1) jestem maniakiem komiksowym, a wspomniany wyżej film to właśnie ekranizacja historii obrazkowej


po 2) ta historia obrazkowa jak to nazwałem, jest w rzeczywistości opowieścią o brutalnej rzeczywistości


no i wreszcie...


po  3) Katynia nie oglądałem więc nie będę pieprzył bzdur.



Persepolis to dwuczęściowa biografia Marjane Satrapi. Opisuje w niej burzliwe wydarzenia, których była naocznym świadkiem. Pierwsza część skupia się na końcach rządów Szacha i rewolucji islamskiej, natomiast druga to właśnie tytułowa historia powrotu, podsumowanie życia i akceptacja swojej narodowości. Brzmi poważnie? Nic bardziej mylnego. Marjene ten trudny temat wrzuca do konwencji humorystycznej i w bardzo luźnym, przyjaznym dla oczu i umysłu czytelnika stylu wprowadza nas w swój specyficzny świat zbuntowanej, zawsze idącej pod prąd dziewczyny.



Komiks ten zawiera niewątpliwie wyraźny przekaz feministyczny. Pierwszy raz jednak (i mam nadzieję, iż nie ostatni) spotykam się z tak pozytywnym tego typu wydźwiękiem.  To wręcz hołd dla ludzkich możliwości, siły ducha oraz wiary w marzenia. Najbardziej zaś podoba mi się brak jakiegokolwiek politycznego stronnictwa ze strony autorki. Nachalnego moralizatorstwa również nie mamy co szukać. Indywidualne przemyślenia przychodzą same. Historia porusza bowiem swoim własnym, charakterystycznym tonem. Czysta przyjemność... tak najtrafniej można podsumować te dziełko.


Z niecierpliwością czekam na polską premierę filmu. Z przychylnych recenzji możemy wywnioskować, iż niewiele ustępuje on pierwowzorowi. Jeżeli zaś chodzi o nieszczęsny Katyń... cóż. Obie produkcje poruszają niezwykle ważne kwestie natury historycznej. Musimy pamiętać, że nie jesteśmy jedynym narodem na świecie, który ucierpiał za sprawą wojen i przewrotów politycznych. Nie muszę chyba dodawać, że warto czasem wychylić nos ze swoich spraw, aby zauważyć, iż innym też było i jest ciężko.


Majter 




MESHUGGAH - OBZEN


Link 25.01.2008 :: 19:47 Komentuj (0)

Gdzie się podział ten młody metal? Żyje i ma się dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję. Od kilku lat przechodzę ostry kryzys muzyczny. Niby wszystko jest w porządku i ciężkie brzmienia wciąż podnoszą mój tyłek z kanapy, ale serce podpowiada, że coś się zmieniło. Najwidoczniej stałem się bardziej krytyczny. Nie wszystko przyjmuję już z taką łatwością. Są kapele, które nudzą mi się po kilku dniach, a kawałki przypadające innym do gustu nie porywają do tego stopnia, aby odpalić je ponownie. Całe szczęście istnieją jeszcze kapele zdolne do obudzenia mojej rockowej duszy. Należą do nich Opeth, Lux Occulta i... Meshuggah.



To chyba te matematyczne, mięsiste podziały sprawiają, że nie mogę oderwać się od muzycznej lektury serwowanej przez szwedzkich artystów. Nowa płyta nosząca nazwę obZen pozornie nie wnosi nic nowego do ich dyskografii, ale... no właśnie. Progresywne, rytmicznie wykalkulowane riffy nie nawiązują już tylko do wcześniejszych meshuggowskich patentów. Momentami jesteśmy w stanie usłyszeć toolopodobne bajery i zapewniam, że nie piszę tego tylko jako fanatyk Maynarda. Oprócz markowego, specyficznego dla kapeli ciężaru pojawia się również moment wytchnienia - przestrzenne, wyciszone partie, w odpowiednim momencie znakomicie miażdżone przez gitarową potęgę.


W sferze wokalu nie widać szczególnej ewolucji, co nie jest oczywiście zarzutem przeciw umiejętnościom Jensa Kidmana. Facet niezmiennie wykonuje wspaniałą robotę, zapodając nam ten sam, dobrze sprawdzony patent. Jego krzyk wciąż jest pełen energii. Jak żaden frontman czyni ze swojego głosu kolejny instrument, przy okazji dodając utworom jeszcze większej miazgi. Znakomicie mieści się w podziałach, które (tak! teraz będzie najmilsza niespodzianka) na najnowszej płycie wyłamując się z twardej matmy, stają się bardziej elastyczne.


Meshuggah - obZen to kawał dobrego mięska. Konkretna napierdalanka z ciekawymi aranżacjami. I chyba tego właśnie szukam przez cały czas w muzyce. Intensywności, ciężaru i pasji. 


Majter




KHEM... KHEM!


Link 24.01.2008 :: 12:33 Komentuj (0)

Nie wiem co jest grane, ale już trzeci raz od początku roku jestem przeziębiony. Smarkanie, chrząkanie i kaszlenie stało się moim nieodłącznym rytuałem. Jeszcze trochę i zapomnę jak to w ogóle jest być zdrowym. Czasami odechciewa się już wszystkiego, zaś blog prowadzony wcześniej z ogromną pasją staje się rzeczą podrzędnej wagi. Postanowiłem się jednak przemóc, pokonać fizyczną niedyspozycję i wypełnić pustkę jaka bije z tego miejsca. Nie mam zamiaru, ani siły wdawać się w polemikę z samym sobą na temat prostytucji w Indiach, głodu w Afryce i biedy w Polsce. Podsumuję natomiast to, czym byłem w jakimś tam stopniu zaabsorbowany podczas mojej miesięcznej nieobecności. Zaczynamy!


Dexter


Serial ten zrobił niemały szum w świecie telewizji. Jeżeli jesteś posiadaczem internetu z pewnością obiło Ci się coś o uszy. Bohaterem jest seryjny morderca z kodeksem - zabija wyłącznie morderców. Cóż za ironia prawda? Polecam osobom, które lubią specyficzny, czarny humor, thrillery z domieszką psychologii oraz poszukującym czegoś naprawdę ambitnego. Jeżeli czujesz się w dodatku społecznym outsiderem - satysfakcja gwarantowana. W postaci tej odnajdziesz ukojenie. Obecnie wyprodukowane zostały dwa sezony. Podejrzewam, że w trzecim sezonie Dexter przyjedzie do Polski tropić Mordercę z samochodu-żuka.


Teaser STAR TREK XI


Najnowszy film z mojej ulubionej serii s-f znajduje się właśnie w fazie produkcji. Reżyserem obrazu został J.J. Abrams, twórca sukcesu Lost. Miałem pewne obawy - jak zresztą każdy fan - czy wraz ze scenarzystami Transformers nie zrobią z treka kiły z mogiłą, ale teaser uspokoił mnie do tego stopnia, iż spokojnie mogę wyczekiwać świątecznej premiery bez potrzeby zerkania do spoilerów i nieoficjalnych fotek (co nie zmienia faktu, że i tak będę to robił).




Strajk scenarzystów

 

Kochani Scenarzyści! Żywię ogromną nadzieję, że strajk przyniesie oczekiwane efekty. Wynegocjowanie nowego, bardziej lukratywnego kontraktu oraz... lepsze historie! Tak! Liczę, iż wynagrodzicie nam - maniakom tworzonych przez Was seriali - długie wyczekiwanie! Bo jak nie, to... #$%!


Nasza klasa


O tym wynalazku to już chyba nie da się powiedzieć niczego nowego. Od siebie dodam tylko tyle, że mam już 102 znajomych, z czego 10% naprawdę utrzymuje ze mną kontakt, reszta zaś mija mnie na ulicy jak powietrze. Dalszy komentarz jest chyba zbędny.


A na koniec smutna wiadomość... umarł Heath Ledger. Nie jestem jego fanem. Według mnie był to dobrze zapowiadający się aktor, któremu brakowało jednak kilu lat, aby mógł być nazywany "gwiazdą" czy też "aktorem wybitnym". Jak widać przykre okoliczności losu znowu pokazały, że internet pełen jest głupców. Jego ostatnia rola w filmie Nolana została już okrzyknięta fenomenalną, a lada dzień Heath stanie się legendą na miarę Marlona Brando lub Brandona Lee. Wszystko fajnie i w ogóle, ale The Dark Knight wraz z fenomenalnym Jokerem wychodzi dopiero w wakacje!


  


Majter




KILKA SŁÓW O EGONIE...


Link 19.12.2007 :: 19:01 Komentuj (3)

Egon to psychol gorszy od niesławnego Lobo. W przeciwieństwie do niego ma zasady nadające jego zbrodniom niespotykany wcześniej sens i porządek. Jego obowiązkiem, a nawet misją jest ratowanie w jego mniemaniu wybrańców od ich szarej ezgystencji. Ze swojego zadania wywiązuje się wzorowo, a nawet jeśli napotka na swej drodze pewne perypetie, to pomocny w zwalczaniu ich jest całkowity brak uczucia bólu. Otaczający go świat pstrokacizny stanowi równie pogmatwaną szaradę rodem ze snów zmęczonego psychiatry co bohater serii. Śmierć stanowi grę, część humoreski oraz luźny rekwizyt dla ukazania pełni szaleństwa Egona. Wszystko to pokryte jest słodkim kremem lekkiej psychodeli, pełnej najwymyślniejszych, pastelowych kolorów oraz elementów świętokradczych. Ten komiks rani i obraża, a zarazem wsiąka w mózg niczym lektura Kaczora Donalda. Ewentualną ekranizację powierzam Burtonowi... ale tylko pod warunkiem, że w trakcie produkcji będzie mocno zjarany.

darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków darmowy hosting obrazków

Majter




MIKOŁAJ MADE IN U.S.A.


Link 16.12.2007 :: 15:36 Komentuj (1)

No tak... Raz w roku przychodzi taki dzień kiedy część mojej natury odpowiedzialna za całą tą ignorancję i chamstwo, którego mogliście uświadczyć na blogu wymięka całkowicie i czeka do chwili wybicia godziny dwunastej w noc sylwestrową. Boże Narodzenie jest moim ulubionym świętem, a co najdziwniejsze wielu ateistów i osobników będących na bakier z Kościołem niestrudzenie wyczekuje 24 grudnia jakoś dziwnie podekscytowana i napełniona duchem optymizmu mimo, iż sama geneza tego dnia stanowi dla nich rzecz równoważną ze zjedzoną przed chwilą kanapką z pasztetem. Gdzie zatem leży tajemnica Bożego Narodzenia? Czyżby kluczem do rozwikłania zagadki tego niepowtarzalnego klimatu był puszczany już dziesiąty raz na antenie telewizji Kevin sam w domu? A może to napotykane co krok lampki oraz ozdoby świąteczne rozczulają nas do tego stopnia, iż nie myślimy już o niczym innym jak tylko o uśmiechu drugiej osoby i możliwości spędzenia nadchodzących chwil w gronie rodziny? O dziwo coś w tym jest. Tradycja polska nie ma się czego wstydzić w starciu z wytworami amerykańskich mediów, ale część prawdy leży we stwierdzeniu, że kochamy podejście naszych zachodnich sąsiadów do kwestii Świąt. Mamy oczywiście nasze piękne kolędy, dwanaście potraw, sianko pod stołem i Gwiazdora, ale czy na myśl o tym dniu nie widzimy oczami wyobraźni reklamy Coca-Coli?


Od siebie muszę natomiast dodać, iż uwielbiam piosenki Franka Sinatry - White Christmas i Let it Snow. Od kiedy żelazna kurtyna przestała istnieć dzieciom należącym do mojego pokolenia ukazała się zupełnie inna wizja świąt. Do dziś wspominam z sentymentem lecące na niemieckim kanale reklamy z udziałem Mikołaja oraz telewizyjne premiery familijnych filmów, których akcja działa się zazwyczaj w zaśnieżonym NYC. Przypływające z zagranicy bożonarodzeniowe trendy połączyły się z rodzimymi. Nasi rodzice w swojej pamięci noszą obraz ozdobionej owocami choinki, zapach pieczonych ciastek oraz spotkania w dużym gronie rodzinnym, elementy obecnie zanikające i tak różne od tego co znamy dzisiaj.


Dochodzimy więc do nieuniknionej konkluzji. Przerośnięta amerykanizacja naszego najważniejszego w kraju święta bardzo często pojawia się jako jeden z głównych problemów w ocenie współczesności. Obawa przed zanikiem narodowych wartości jest w jakiś sposób uzasadniona, ponieważ serwowane nam przez jankesów elementy budzą ogromne emocje i czynią Boże Narodzenie znacznie bardziej atrakcyjnym. Ja jednak skłoniłbym się ku tezie o naturalnym, nieinwazyjnym łączeniu się tradycji obu kultur.


W ostateczności stanowią one dla mnie jedynie otoczkę emocji oraz dobrych rzeczy kojarzących mi się z grudniowym dniem dobroci. Myślę w tym momencie o udanych próbach mojej mamy w zapewnieniu mi i rodzeństwu udanych, pełnych szczęścia godzin. Kasa nigdy się u nas nie przelewała, lecz nie pamiętam, aby kiedykolwiek zabrakło u nas prezentów, nawet tych skromnych, choinki czy wigilijnych potraw. Trzeba zaś przyznać, że uśmiechnięty w telewizorze Kevin czy też Alf rozdający chorym dzieciom podarki skutecznie odwracali uwagę od tych problemów.


Majter






Poprzednie

| Lay&html by Majter |



Księga Gości

[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]

A r c h i w u m

2009
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec



Kategorie

Obserwacje(14)
Film(7)
Trochę kurtury kur*a!(7)
Psioczenie(7)
Alko-world(3)
Kulinaria(2)
Komiks z morałem(2)
Komiksowo(2)


L i n k i

Moje filmy na Youtube
Blog Kubusia
Znakomita audycja alkoholowa
Polska strona o Gwiezdnej Wędrówce
Polski blogger
Batcave - serwis komiksowy
Krypton League - serwis komiksowy
Pojeby :)
Rygorystyczne oceny
Oceny.org
Darmowy katalog stron


www.pajacyk.pl



;]
Czasami mam sraczkę myśli... więc piszę.

Kombajn, którym stworzyłem tego bloga :D

Copyright © by Majter