Niezmiernie liczę na nominację do Oscara dla Persepolis za najlepszy film nieanglojęzyczny. Wiem, powinienem wykazać się większym patriotyzmem i żywiołowo kibicować obrazowi Andrzeja Wajdy, ale:
po 1) jestem maniakiem komiksowym, a wspomniany wyżej film to właśnie ekranizacja historii obrazkowej
po 2) ta historia obrazkowa jak to nazwałem, jest w rzeczywistości opowieścią o brutalnej rzeczywistości
no i wreszcie...
po 3) Katynia nie oglądałem więc nie będę pieprzył bzdur.

Persepolis to dwuczęściowa biografia Marjane Satrapi. Opisuje w niej burzliwe wydarzenia, których była naocznym świadkiem. Pierwsza część skupia się na końcach rządów Szacha i rewolucji islamskiej, natomiast druga to właśnie tytułowa historia powrotu, podsumowanie życia i akceptacja swojej narodowości. Brzmi poważnie? Nic bardziej mylnego. Marjene ten trudny temat wrzuca do konwencji humorystycznej i w bardzo luźnym, przyjaznym dla oczu i umysłu czytelnika stylu wprowadza nas w swój specyficzny świat zbuntowanej, zawsze idącej pod prąd dziewczyny.

Komiks ten zawiera niewątpliwie wyraźny przekaz feministyczny. Pierwszy raz jednak (i mam nadzieję, iż nie ostatni) spotykam się z tak pozytywnym tego typu wydźwiękiem. To wręcz hołd dla ludzkich możliwości, siły ducha oraz wiary w marzenia. Najbardziej zaś podoba mi się brak jakiegokolwiek politycznego stronnictwa ze strony autorki. Nachalnego moralizatorstwa również nie mamy co szukać. Indywidualne przemyślenia przychodzą same. Historia porusza bowiem swoim własnym, charakterystycznym tonem. Czysta przyjemność... tak najtrafniej można podsumować te dziełko.
Z niecierpliwością czekam na polską premierę filmu. Z przychylnych recenzji możemy wywnioskować, iż niewiele ustępuje on pierwowzorowi. Jeżeli zaś chodzi o nieszczęsny Katyń... cóż. Obie produkcje poruszają niezwykle ważne kwestie natury historycznej. Musimy pamiętać, że nie jesteśmy jedynym narodem na świecie, który ucierpiał za sprawą wojen i przewrotów politycznych. Nie muszę chyba dodawać, że warto czasem wychylić nos ze swoich spraw, aby zauważyć, iż innym też było i jest ciężko.
Majter

Egon to psychol gorszy od niesławnego Lobo. W przeciwieństwie do niego ma zasady nadające jego zbrodniom niespotykany wcześniej sens i porządek. Jego obowiązkiem, a nawet misją jest ratowanie w jego mniemaniu wybrańców od ich szarej ezgystencji. Ze swojego zadania wywiązuje się wzorowo, a nawet jeśli napotka na swej drodze pewne perypetie, to pomocny w zwalczaniu ich jest całkowity brak uczucia bólu. Otaczający go świat pstrokacizny stanowi równie pogmatwaną szaradę rodem ze snów zmęczonego psychiatry co bohater serii. Śmierć stanowi grę, część humoreski oraz luźny rekwizyt dla ukazania pełni szaleństwa Egona. Wszystko to pokryte jest słodkim kremem lekkiej psychodeli, pełnej najwymyślniejszych, pastelowych kolorów oraz elementów świętokradczych. Ten komiks rani i obraża, a zarazem wsiąka w mózg niczym lektura Kaczora Donalda. Ewentualną ekranizację powierzam Burtonowi... ale tylko pod warunkiem, że w trakcie produkcji będzie mocno zjarany.

Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)