Czy zastanawialiście się kiedyś w jaki sposób podziwiani przez cały świat wielcy ludzie oraz idole ze srebrnego ekranu i estrady doszli do swojego obecnego sukcesu? Czy w ich życiu nastąpiła jakaś rewolucja, a może droga ku piedestałom sławy była procesem powolnym i złożonym? Ten komiks po części odpowiada na te pytania. Zapraszam do lektury...
Epizod 2: ICEK - NAJSZYBSZY CZŁOWIEK ŚWIATA
Majter

Jadwiga jest pochodzącą z alternatywnej przyszłości córką mojego kumpla. To efekt jego marnych działań pedagogicznych, przepełnionych pijackimi wojnami z konkubiną i cechujących się zbyt dużym stężeniem słowa "kurwa" w powietrzu. Wychował sobie istotę o nieposkromionej żądzy seksu, wyładowywanej za pośrednictwem ciemnych typków rezydujących na terenie posesji sklepów monopolowych, grzebiących w śmieciach meneli i prawiczkowatych nauczycieli języka polskiego. Jej poranne zakupy to pół chleba i paczka mocnych. Należy przy okazji dodać, iż swojego pierwszego papierosa zapaliła na pierwszej komunii. Nigdy jednak by do tego nie doszło gdyby była w tamtej chwili trzeźwa. Tatusia kocha ponad wszystko. Pewnie dlatego, że matki nigdy nie znała... podobnie zresztą jak ojciec. Jej chłopak ma 57 lat i ma na imię Herman. Rodzicielowi to nie przeszkadza. Są najlepszymi kumplami, a ten pierwszy zawsze był mile widziany w domu podczas imprez zakrapianych wódką. Przed każdą wizytą Jadzia przynosiła pół litra ze sklepu, a w międzyczasie konkubina robiła bigos... Ale o co się rozchodzi? W końcu żyjemy w czasach wyzwolonych. Kobieta może robić to na co ma żywną ochotę. No ok... ale Jadwiga ma dopiero 11 lat :D
Majter

Ospała niedziela zakończyła się dość ciekawą konfrontacją z osobą, która reprezentowała najbardziej przeze mnie znienawidzoną grupę zawodową. Tak się bowiem złożyło, że w godzinach popołudniowych otrzymałem smsa od przyjaciółki z gorącą prośbą o przybycie. Tajemnicza treść wiadomości nie wróżyła nic dobrego. Kierowany jednak ciekawością nie mógłbym przejść obok nadchodzących rewelacji obojętnie. Ubrałem się i ruszyłem ku nieznanemu.
Pani Gabriella - biznesłumen pełną gębą
Na miejscu dowiedziałem się o naturze problemu. Siostra kumpeli poznała jakiś czas temu w tramwaju pewną przesympatyczną Gabriellę - panią niosącą na swych barkach lekko ponad 40-letni żywot, a mimo to wyjątkowo kwitnącą i pełną energii. Ta niebanalna istota zaoferowała dziewczynie pracę księgowej w jej nowo powstającej firmie. CV, doświadczenie, kwalifikacje... nie to było najważniejsze w rekrutacji. Gebriella bowiem stawia na uśmiech i dobrze klejącą się rozmowę. I to właśnie czyniło całą sytuację komiczną i budzącą zarazem niepokój. Ponowne spotkanie miało się odbyć na powietrzu w ciemnej uliczce. Moja rola zaś miała polegać na ochranianiu dziewcząt... tak! Druga siostra też miała przyjść! Czyż to nie dziwne??
Mogę zapalić?
Gabriella po wykonaniu kilku telefonów informujących o spóźnieniu ostatecznie dotarła w umówione miejsce. Trzeba przyznać, że miała klasę. Nie wyglądający na tani płaszcz oraz gustowny szalik opinający jej chudą szyję wskazywał na to, że powodzi jej się całkiem nieźle. "Mogę zapalić?" pytała co chwilę wykonując jednocześnie chwiejny krok wyluzowanej kobiety sukcesu, po czym wróciła do rozmowy z koleżanką, która podwiozła jej tyłek. My natomiast czekaliśmy przepełnieni niezbyt dobrymi przeczuciami. Coś w jej zachowaniu było cholernie sztuczne, a pewne z pozoru nieistotne szczegóły (takie jak ogromna siatka z zakupami i wrażenie o bezustannym nas skanowaniu) budziły wątpliwości. Wkrótce (czyli po 10 zaciągnieciach się dymem nikotynowym) miało się okazać jak bardzo były one słuszne.
No więc... [rozmowa o dupie Maryny]
Panie pożegnały się i Gabriella mogła przystąpić do formalności... Zamiast tego jednak postanowiła porozmawiać o pogodzie, studiach, ciuchach i innych pierdołach mających na celu odwrócić naszą uwagę od istotnych faktów. Było to do tego stopnia rażące, że po kilku minutach drogi (mieliśmy się bowiem udać do mieszkania jej kolejnej przyjaciółeczki) nie wytrzymałem i zapytałem czym zajmuje się TA FIRMA. W odpowiedzi otrzymałem kolejne wymijające i zbijające z tropu monologi. Stek bzdur i zbywanie na poczekaniu... absolutnie żadnych konkretów. Wyglądało po prostu na to, że chciała nas zagadać i uśpić czujność do momentu przekroczenia progu rezydencji Pani X. Skojarzyło mi się to z działaniami osób, u których miałem okazję "pracować" kilka lat temu przez jeden dzień.
Powtórka z rozrywki
Zaraz po oblaniu studium terapii zajęciowej postanowiłem poszperać w ogłoszeniach o pracę i zatrudnić się gdzieś w oczekiwaniu na letni pobór na studia. Udałem się na rozmowę do hurtowni "czegoś tam". W końcu pisali, że szukają ludzi młodych, pragnących wysokich wynagrodzeń. Oferta brzmiała dla mnie kusząco, dlaczego więc miałem z niej nie skorzystać? Na rekrutacji nie dowiedziałem się dosłownie niczego na temat działania firmy. Mimo, iż metroseksualany prezes był zadziwiająco otwarty na nowych pracowników, z którymi osobiście prowadził rozmowy, to jednak nie poczuł się do obowiązku przybliżenia mi nieco warunków i rodzaju wykonywanych zajęć. Usłyszałem tylko mowy pochwalne w kierunku długoletniej tradycji firmy oraz wspaniałych możliwości wynikających podczas współpracy zespołowej. Byłem młody, głupi... i desperacko potrzebujący przypływu gotówki. Następnego dnia wpakowali mnie do poloneza i wraz z przebrzydłą Barbarą oraz dwoma towarzyszącymi jej karkami w rytmie disco polo ruszyliśmy na Koronowo. Przez kilkanaście godzin chodziłem za tą głupią pizdą (przepraszam za wyrażenie, ale jeżeli dzisiaj bym ją spotkał to nie wiem jaki los by ją czekał) w przeraźliwym mrozie i słuchałem jak nachalnie, wchodząc w dupsko bez mydła, wciskała napotkanym ludziom tandetne kalendarze, latarki i długopisy. Odmarznięte palce, sikanie za garażami, powrót na własną rękę... z tym właśnie kojarzy mi się akwizycja.
Gabriella zdemaskowana!
Kiedy zapytaliśmy ją wprost czy zajmuje się właśnie tą formą handlu usłyszeliśmy od niej, iż "AKWIZYCJA ZNISZCZYŁA RYNEK!". Kobieta widząc, iż nasza wspólna podróż powoli dobiega końca rozpoczęła kampanię defensywną. "Słuchajcie! Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć to musicie wziąć się w garść, podnieść tyłki i zmienić otaczającą Was rzeczywistość! Myślicie, że ja mam czas się nudzić? Młodzież mówi, że jest źle, ale tak naprawdę brakuje jej energii. To nie jest jednak ich wina! To przez rodziców, którzy nie motywują swoich dzieci! Ta praca jest dla ludzi przedsiębiorczych i ambitnych! Trzeba po prostu chcieć, a kasa leży dosłownie na ziemi." Cholera, dosłownie jakbym słyszał Barbarę. Najwyraźniej musiały chodzić na te same szkolenia. Zapewne domyśliłeś się Drogi Czytelniku, iż nie pokwapiliśmy się ruszyć dalej, aby zobaczyć "fajne urządzenie do wypróbowania w domu". Z uśmiechem na twarzy i podniesioną głową rozeszły się nasze drogi. Chcąc nie chcąc poczułem do tej baby dozę sympatii. Mówiła ciekawie, inspirująco, ale niestety nie na temat. Zdążyła tego wieczoru skłamać kilkanaście razy. Jednak dzięki zdrowemu rozsądkowi udało nam się wyłapać kilka niezgodności w jej zeznaniach i uniknąć wystawienia na manowce. Naprawdę nic nie mam do ludzi zajmujących się wolnym handlem. Każdy zarabia na życie tak jak potrafi zgodnie ze swoimi predyspozycjami i talentami. I nie wątpię, że jest z tego interesu spora kasa. Dlaczego jednak nie usłyszałem jeszcze od żadnego akwizytora odpowiedzi na jedno proste pytanie: PO CO TA CAŁA ŚCIEMA? Dlaczego oszukujecie Kochani Akwizytorzy ludzi do Was przychodzących w sprawie pracy? Dlaczego przedstawiacie napotkanym klientom fałszywą wizję okazji z dokonanego zakupu? Mówicie, że tego samego procederu dopuszcza się w supermarketach. To prawda. Ale tam przynajmniej człowiek ma jeszcze jakieś prawo wyboru, zaś Wasza polityka to po prostu fasada kłamstw i podpuch. Zachowujecie się jak sekta.
Majter

Po prostu wszystkim i niczym. Są tacy artyści, którzy przewijają się przez nasze życie prawie niezauważeni. Mogą dla nas coś znaczyć na poziomie podświadomości, a jednocześnie być jedynie przyjemnym tłem w życiorysie, gdzieniegdzie dając o sobie znać ciekawą piosenką, która najczęściej mocno współgra z przeżywaną właśnie chwilą. Hey. Zespół będący jednym z czołowych przedstawicieli polskiej muzyki rockowej. Ja. Pochłonięty niegdyś do potęgi entej przez metalową kulturę. Jako młody metalowiec nie byłem w stanie dostrzec w nich czegoś więcej niż tylko fajną kapelę z charakterystyczną wokalistką. Z drugiej strony wątpie, aby nie mieli na mnie zupełnie żadnego wpływu. Jedno jest pewne... budzili mój szacunek. I to prawdopodobnie zaważyło na fakcie, iż nie odczuwam dyskomfortu z powodu ponownego odkrywania ich twórczości. Nie myślę, że odchodzę z ciężkim graniem na emeryturę.
Hey MTV Unplugged jest dobrym podsumowaniem twórczości. Dzięki tej płycie mogę poczuć się jak długoletni fan i wejść w ten cały hejowaty świat bez zdejmowania butów. Natomiast Kasia to fajna babka. Umie operować głosem tak, aby stworzyć charakterystyczny klimat i uwydatnić pewne istotne elementy w tekście. Słowa przez nią śpiewane, są szczere, zabawne i nierzadko po prostu... mądre. Połączone z nowymi aranżacjami stanowią rozrywkę niemal doskonałą. Bogate instrumentarium wypełnia ich muzykę niespotykaną wcześniej głębią i pięknem. Daje się zarazem odczuć, iż koncert zagrany jest bardzo na luzie, wręcz dla zabawy. Jest to niewątpliwie efekt długoletniego doświadczenia scenicznego, który daje o sobie pamiętać nie jeden raz podczas przesłuchiwania wydawnictwa. Być może ten element budził we mnie niechęć do wcześniejszego wstąpienia do szeregu fanów Nosowskiej i spółki. Czasem jednak warto docenić naszą rodzimą scenę. To prawda, że zalana jest ona gwiazdami będącymi już jedną nogą w domu starców, ale nie należy zapominać też o tych prężnie rozwijających się artystach, dla których bieg czasu jest nie tylko dodatkowym krokiem ku zakończeniu kariery, ale również motorem napędowym ku rozwojowi i dojrzałości muzycznej.
Majter

Długo czekałem na taką chwilę kiedy będę mógł udowodnić sobie, iż rzucenie papierosów było naprawdę dobrym pomysłem. Szukałem okazji, aby pozytywnie spożytkować pieniądze, które jeszcze 8 tygodni temu wydałbym na szlugi. Dlatego też zaraz po otrzymaniu stypendium ruszyłem nadrabiać zaległości komiksowe. Tak się bowiem złożyło, że w Taniej Książce odbyła się wyprzedaż. Ceny były naprawdę śmieszne w porównaniu do tych oryginalnych. Najdroższe wydawnictwo kosztowało mnie jedynie 5 zł, dlatego też postanowiłem zaszaleć. W mojej kolekcji znalazły się takie pozycje jak Transmetropolitan #2, 100 naboi, Mroczne dni czy też Hitman.
W ten oto sposób prezentuje się 10 paczek papierosów(!!!) marki Viceroy według serwisu Kupujemy.pl w papierowej postaci. Muszę przyznać, że informacja ta automatycznie rozwiała moje wyrzuty sumienia. Wydać 55 zł na same komiksy? To i tak lepszy zakup, aniżeli zmarnowane zdrowie i krótkoterminowa przyjemność ukryta w bibułce zwiniętej wokół śmierdzących, wysuszonych paproci . Doszedłem również do wniosku, że w samą porę wyrwałem się z nikotynowego nałogu. Według Money.pl palaczy czekają od nowego roku bardzo nieprzyjemne chwile. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce stopniowo zaczną drożeć papierosy - pisze "Rzeczpospolita". Do końca 2008 roku ich cena powinna wzrosnąć o jedną czwartą. Trwa wojna cenowa producentów papierosów. W efekcie spadają ich ceny i związane z nimi wpływy z akcyzy. Tylko w ubiegłym roku przeciętna cena paczki spadła o 1 złoty - podaje dziennik. Tymczasem Polska do 2009 roku musi podnieść akcyzę od wyrobów tytoniowych, by wypełnić zobowiązania wobec Brukseli. Stawka podatku musi się zwiększyć do 64 euro od tysiąca papierosów z obecnych około 42 euro. Gdyby przepisy o akcyzie nie zmieniły się, prawdopodobnie w ostatnich dniach grudnia 2008 roku palacze przeżyliby szok - z dnia na dzień ich nałóg kosztowałby o około 25 procent więcej. Producenci wyrobów tytoniowych i Ministerstwo Finansów chcą jednak zmienić sposób naliczania akcyzy tak, by nie trzeba było przeprowadzać gwałtownych podwyżek. (IAR) Tak więc Kochani Palacze macie jeszcze czas na nawrócenie. Ja tymczasem zabieram się za lekturę świetnych tytułów.
Majter

No tak... Raz w roku przychodzi taki dzień kiedy część mojej natury odpowiedzialna za całą tą ignorancję i chamstwo, którego mogliście uświadczyć na blogu wymięka całkowicie i czeka do chwili wybicia godziny dwunastej w noc sylwestrową. Boże Narodzenie jest moim ulubionym świętem, a co najdziwniejsze wielu ateistów i osobników będących na bakier z Kościołem niestrudzenie wyczekuje 24 grudnia jakoś dziwnie podekscytowana i napełniona duchem optymizmu mimo, iż sama geneza tego dnia stanowi dla nich rzecz równoważną ze zjedzoną przed chwilą kanapką z pasztetem. Gdzie zatem leży tajemnica Bożego Narodzenia? Czyżby kluczem do rozwikłania zagadki tego niepowtarzalnego klimatu był puszczany już dziesiąty raz na antenie telewizji Kevin sam w domu? A może to napotykane co krok lampki oraz ozdoby świąteczne rozczulają nas do tego stopnia, iż nie myślimy już o niczym innym jak tylko o uśmiechu drugiej osoby i możliwości spędzenia nadchodzących chwil w gronie rodziny? O dziwo coś w tym jest. Tradycja polska nie ma się czego wstydzić w starciu z wytworami amerykańskich mediów, ale część prawdy leży we stwierdzeniu, że kochamy podejście naszych zachodnich sąsiadów do kwestii Świąt. Mamy oczywiście nasze piękne kolędy, dwanaście potraw, sianko pod stołem i Gwiazdora, ale czy na myśl o tym dniu nie widzimy oczami wyobraźni reklamy Coca-Coli?
Od siebie muszę natomiast dodać, iż uwielbiam piosenki Franka Sinatry - White Christmas i Let it Snow. Od kiedy żelazna kurtyna przestała istnieć dzieciom należącym do mojego pokolenia ukazała się zupełnie inna wizja świąt. Do dziś wspominam z sentymentem lecące na niemieckim kanale reklamy z udziałem Mikołaja oraz telewizyjne premiery familijnych filmów, których akcja działa się zazwyczaj w zaśnieżonym NYC. Przypływające z zagranicy bożonarodzeniowe trendy połączyły się z rodzimymi. Nasi rodzice w swojej pamięci noszą obraz ozdobionej owocami choinki, zapach pieczonych ciastek oraz spotkania w dużym gronie rodzinnym, elementy obecnie zanikające i tak różne od tego co znamy dzisiaj.
Dochodzimy więc do nieuniknionej konkluzji. Przerośnięta amerykanizacja naszego najważniejszego w kraju święta bardzo często pojawia się jako jeden z głównych problemów w ocenie współczesności. Obawa przed zanikiem narodowych wartości jest w jakiś sposób uzasadniona, ponieważ serwowane nam przez jankesów elementy budzą ogromne emocje i czynią Boże Narodzenie znacznie bardziej atrakcyjnym. Ja jednak skłoniłbym się ku tezie o naturalnym, nieinwazyjnym łączeniu się tradycji obu kultur.
W ostateczności stanowią one dla mnie jedynie otoczkę emocji oraz dobrych rzeczy kojarzących mi się z grudniowym dniem dobroci. Myślę w tym momencie o udanych próbach mojej mamy w zapewnieniu mi i rodzeństwu udanych, pełnych szczęścia godzin. Kasa nigdy się u nas nie przelewała, lecz nie pamiętam, aby kiedykolwiek zabrakło u nas prezentów, nawet tych skromnych, choinki czy wigilijnych potraw. Trzeba zaś przyznać, że uśmiechnięty w telewizorze Kevin czy też Alf rozdający chorym dzieciom podarki skutecznie odwracali uwagę od tych problemów.
Majter

Egon to psychol gorszy od niesławnego Lobo. W przeciwieństwie do niego ma zasady nadające jego zbrodniom niespotykany wcześniej sens i porządek. Jego obowiązkiem, a nawet misją jest ratowanie w jego mniemaniu wybrańców od ich szarej ezgystencji. Ze swojego zadania wywiązuje się wzorowo, a nawet jeśli napotka na swej drodze pewne perypetie, to pomocny w zwalczaniu ich jest całkowity brak uczucia bólu. Otaczający go świat pstrokacizny stanowi równie pogmatwaną szaradę rodem ze snów zmęczonego psychiatry co bohater serii. Śmierć stanowi grę, część humoreski oraz luźny rekwizyt dla ukazania pełni szaleństwa Egona. Wszystko to pokryte jest słodkim kremem lekkiej psychodeli, pełnej najwymyślniejszych, pastelowych kolorów oraz elementów świętokradczych. Ten komiks rani i obraża, a zarazem wsiąka w mózg niczym lektura Kaczora Donalda. Ewentualną ekranizację powierzam Burtonowi... ale tylko pod warunkiem, że w trakcie produkcji będzie mocno zjarany.

Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)