Chyba nie jest ze mną za dobrze, bo od dłuższego czasu zbyt dużo rozmyślam o przemijaniu, egzystencji, śmierci i innych arcyciekawych kwestiach, których by się nie powstydził żaden szanowany emo dzieciak. Kiedy tak patrzę na mojego brata zastanawiam się jak musi się czuć mając świadomość tego, iż za 15 lat skończy czterdziestkę. Jeżeli będziemy w ten sposób rozumować, to możemy dojść do naprawdę niesympatycznych wniosków. Ja sam mając te swoje 22 mam wrażenie, że jakoś dziwnie szybko zleciał ten czas. Gdzie wcięło będące jeszcze niedawno teraźniejszością ostatnie dni? Przecież w trakcie tego okresu nie zrobiłem rzeczy z których mógłbym być jakoś specjalnie dumny. Nie osiągnąłem aż tak wiele, zaś marzenia z młodości... kariera muzyka, archeologa, plastyka spełzły na niczym. Nastroju nie poprawił mi napotkany ostatnio licznik życia. Według niego udało mi się dotrwać do 8461 doby istnienia. Malutko w konfrontacji z mikroskopijnymi liczbami, drobnymi wydarzeniami cyklicznie powtarzającymi się na naszych oczach. W ten oto sposób przeżyłem jak dotąd tylko 22 Boże Narodzenia, 22 Sylwestry, 22 wiosny, 22 zimy. 13 razy rozpoczynałem rok szkolny i byłem tylko na 7 urodzinach moich najlepszych przyjaciół. Najlepszym sposobem, aby o tym wszystkim zapomnieć jest rzucenie się w wir pracy, nauki i przyjemności. Całkowity hedonizm? To chyba nie dla mnie, bo zawsze w tej bezsensownej i niemal zwierzęcej egzystencji, którą razem dzielimy na ziemskim padole staram się doszukać pierwiastka duchowego, napełniającego tą materię czymś istotnym i... godnym.
Majter

Wiem... obiecałem sobie, że nigdy nie będę pisać o blogaskach i podniecać się cyber wszechświatem w który i tak już za bardzo się zanurzyłem. Ten, że tak powiem prowadzony przeze mnie internetowy pamiętnik miał być odzwierciedleniem mojego prawdziwego życia. Inna rzecz, że z własnej głupoty nie mam go za wiele... Rozkręciłem się i zaglądam tu kiedy tylko mogę. Sprawdzam statystyki, poprawiam błędy ortograficzne... no dobra! W czym rzecz? Znowu sprawdziło się powiedzonko "cudze chwalicie a swego nie znacie". Od kiedy zacząłem bawić się szablonami i umieszczać je na przeróżnych serwisach tworząc przy tym konta dla znajomych zrozumiałem jak dobrym hostem jest ownlog.com. I ch*j, że musiałem płacić za aktywację. I nieważne, że nikt nie zostawia mi komentarzy! Tutaj jest mi dobrze i nie zamierzam się przeprowadzać. Dlaczego doszedłem do takich, a nie innych wniosków? Projektowaniem szablonów zajmuję się od zaledwie kilku tygodni. Nie wiem czy wiecie, ale jest to zadanie dziecinnie proste. Wystarczy otworzyć Painta, wejść na stronkę z poradami dla początkujących i gotowe! Przecież to jest śmiechu warte, iż w tak prostym programie graficznym można osiągnąć bardzo ładne rezultaty. Wali mnie czy są one nie wiadomo jak profesjonalne. Pieprzyć gotowe projekty. Teraz mogę pisać we własnym, niepowtarzalnym blogu wiedząc, że żaden łoś nie będzie miał dokładnie takiej samej skórki. Zachęcony sukcesami na polu webmasterskim (wiem, popadam w przesadę!) postanowiłem rozejrzeć się za jakimś innym, aczkolwiek darmowym serwisem, który przygarnąłby blogi moich znajomych. Gdyby nie kochana Era oraz jej poroniony pomysł z zablokowaniem mi połączeń wychodzących ich strony z pewnością znalazłyby się na OL. Pomyślałem jednak "Internet jest duży, to kwestia minut nim znajdę jakiś podobny hosting i w dodatku za friko". I właśnie w trakcie tych prób zrozumiałem, że czasami warto wklepać te 1,30 zł i mieć święty spokój. Szablon który dotychczas funkcjonował prawidłowo, posypał się całkowicie na Mylog. Początkowo zdawać się mogło, iż jest to bliźniaczy serwis do mojego, ale brak możliwości podglądu oraz niemożność zajrzenia w statystyki utwierdziło mnie w opinii o zupełnie odwrotnym stanie rzeczy. Inny rodzaj perypetii szykuje internautom Blogi.pl. Dzieją się tam bowiem dziwne rzeczy z odnośnikami i trzeba się sporo napocić, aby linki wyglądały tak jak powinny wyglądać na innych serwerach. Blog4u wydaje się bardzo przystępny, ale wyskakujące nazbyt natarczywie reklamy mogą jedynie zachęcić użytkownika do najechania kursorem na krzyżyk w prawym górnym rogu przeglądarki. Na jego plus przemawia fakt, że zamiast obciachowego adresu "www.......blog4u.pl" (Boże! Tam piszą praktycznie same dzieci, w dodatku bez aspiracji wyróżniania się jeśli nie treścią to wyglądem na tle reszty) istnieje możliwość przemianowania go na ".....wjo.pl" Ownlog ma swoje wady. Kiepsko zintegrowaną z kodem księgę gości i ograniczone możliwości promocji bloga (słabość tą jednak dzieli z innymi), ale mimo wszystko warto tu być. Zero reklam, święty spokój i w miarę ciekawi i rozgarnięci współlokatorzy. Czego więc chcieć więcej?
Majter

Kochana Redakcjo Niedowiary!
Od jakiegoś czasu zmagam się z ogromnym problemem wykraczającym poza mój rozum. Otóż... tak się składa, że jestem muzealnym cieciem. Moim obowiązkiem jest pilnowanie eksponatów znajdujących się w kamiennicy mieszkalnej na ulicy PIIIIIIIII. Okolica wydaję się być bardzo spokojna i bezpieczna, ale to tylko pozory. W nocy, około godziny 22:00 da się usłyszeć bardzo dziwne dźwięki o bliżej nieokreślonym źródle. Nie daje mi to spokoju, gdyż zjawa nie pozwala ani na sekundę zmrużyć zmęczonego oka. Najpierw astralny byt daje o sobie znać w postaci rozmaitych szmerów i pisków. W połączeniu z nieustannie kapiącą wodą jest to istna gehenna! Następnie udaje się do toalety, załatwia swoje potrzeby, aby za moment bezczelnie i z impetem spuścić wodę w klopie. Najczęściej ok. 1:01 intruz masakruje moje nerwy trzaskając drzwiami! Robi przy tym straszne awantury! Taaak! Nie uwierzą Państwo Redaktorzy! Kłóci się z żoną duchową! Istna parodia... Błagam. Pomóżcie mi. Bardzo zależy mi na utrzymaniu pracy. Szefostwo tylko czeka, aż potknie mi się noga, a opinia wariata z pewnością nie pomogłaby mi w mojej sytuacji.
Ryszard Krupnik*
Kochany Panie Ryszardzie!
Na wstępie chciałbym podziękować Panu za ten niezwykle emocjonujący i pełen niesamowitych zwrotów akcji list. Jest mi niezmiernie miło, iż jest Pan wielbicielem naszego programu i pokłada Pan w Nas swoje zaufanie. Chciałbym jednocześnie zasygnalizować, iż nie stanowimy alfy i omegi we wszystkich kwestiach. Wydaję się bowiem, że problem Pana nie jest natury paranormalnej. Nie bylibyśmy jednak profesjonalistami, gdyby rozpaczliwa prośba o pomoc spotkała się z naszej strony z zimnym pesymizmem i pogardą. Mamy więc kilka teorii, które mogą być odpowiedzią na nurtujące Pana pytania. Najbardziej prawdopodobne jest iż: - budynek w którym Pan pracuje cechuje się konstrukcją typową dla domów ADM-owskich, a co za tym idzie: WSZYSTKO W NIM SKRZYPI I CHRUPIE - cienkie ściany sprawiają, że słyszy Pan wszystko co dzieje się u sąsiadów (a mowa oczywiście o małżeńskich sprzeczkach i robieniu kupy) Na przyszłość radzę Panie Ryszardzie zasięgnąć wpierw pomocy u psychiatry, a następnie z braku możliwości użyć źródeł o wątpliwym podłożu naukowym. Z wyrazami szacunku
Pan Zmuszką
*wszystkie imiona zostały zmienione z uwagi na bezpieczeństwo Pana Krupnika
Majter

Człowiek pozbawiony życiowego celu jest wybrakowany. Niby jesteśmy tymi maszynami składającymi się z mięsa, kości, tkanek, osocza i wielu innych paskudnych elementów napędzających ten skomplikowany wichajster, ale oprócz spożywania jedzenia, robienia kupy, pieprzenia się i chodzenia spać przejawiamy również cechy popychające nas ku wyższym potrzebom. Znam oczywiście osobniki (nazwa adekwatna do ich egzystencji) nie posiadające takich zapędów zatem od wiewiórki różni ich jedynie to, iż umieją czytać i posiedli umiejętność mowy, aczkolwiek przeważająca część mojego otoczenia sięga wyżej i realizuje się w mniej lub bardziej rozdmuchanych czynnościach, począwszy od pisania, a na tańcu góralskim kończąc. O sobie mogę powiedzieć, że jestem wiewiórką z aspiracjami muzycznymi. Moje ogłoszenie (w internecie oczywiście) zawierające apel do zespołów o włączenie mnie do składu w postaci wokalisty czekało nietknięte rok. Ktoś jednak je odkopał i odezwał się, rozpoczynając w ten sposób ciąg przybywających do mnie propozycji. Minęły dwa lata od kiedy śpiewałem regularnie w jakimś bandzie. Z niecierpliwością czekam na powtórkę z rozrywki, gdyż wspomnienia dawnych lat wciąż są wyraźne. Nieodżałowany klimat prób, spięcia, śmiechy, pot i wspólna praca... dla tych rzeczy warto znów zacząć przygodę z muzyką. Nie zawsze jednak było kolorowo, raz z mojej kiedy indziej innych winy. Raz ja byłem frajerem, kiedy indziej oni zachowywali się jak ch*je. Ludzi, którzy działają w tej branży można zatem równie łatwo zaszufladkować co gatunki metalu. Zdażają się oczywiście tzw. mieszanki stylów, ale to czyni omawiane przeze mnie zjawisko jeszcze bardziej ciekawym.
OBÓZ PRACY
To zespół, w którym każdy skrupulatnie wykonuje swoje zadanie. Muzycy są pracowici i nigdy nie nawalają. Można jednak odnieśc wrażenie, że robią to bardziej ze strachu aniżeli miłości do tego co robią. W Obozie Pracy musi być bowiem szef... on zawsze ma racje i z niewiadomych przyczyn jego opinia góruje nad innymi w pozornie demokratycznej dyskusji.
FAŁSZYWE CHOOJE
Moi faworyci. Ich zakres umiejętności jest naprawdę szeroki: - rąbanie dupy z prędkością światła (czyt. kiedy robisz siku) - nie informowanie o rozwiązaniu kapeli - wmawianie Ci, że jesteś debilem chociaż wszystkie fakty przemawiają za tym, iż to właśnie Ty masz rację (a ona zaś godzi w honor dupka) - brak przyjaznej atmosfery... marudzenie, marudzenie, marudzenie.
POCZCIWE CHOPY
Dużo osób się z nich śmieje kiedy tak naprawdę powinni uczyć się od nich manier. Poczęstują Cię kawą, sokiem lub wodą, jednocześnie wypierdalając Cię z zespołu tak, że jeszcze zrobi Ci się miło.
Nie mam zamiaru popełniać błędów z przeszłości. Wystarczy, że kiedyś bez mrugnięcia okiem można było wrzucić mnie do dwóch pierwszych kategorii. Czas najwyższy pychę i megalomanię spłukać wraz z kackupą, podnieść tyłek z klopa i wziąść się do konstruktywnej roboty. Muzyka to przednia zabawa, ja zaś mam zamiar bawić się do upadłego.
Majter

Nie wiem czy to ja się starzeję, czy też niektóre rzeczy otaczające mnie stają się głupsze. Pomyślmy... Na własnym przykładzie możemy odczuć, iż z dnia na dzień przeistaczamy się w inną osobę. Uzupełniamy poglądy, uczymy się na błędach. Poznajemy nowe miejsca i ludzi. Rozwój. Oto co cechuje każdą ludzką istotę. Ten nieprzenikniony czynnik, który popycha naszą egzystencję do przodu, nakręca wszechświat i przewraca porządek, jednym słowem: każe biec do przodu. Siódmy sezon Smallville burzy to odwieczne prawo i pokazuje nam w sposób dosłowny co oznacza uwstecznienie. Z bólem serca muszę przyznać, iż najnowsza odsłona przygód młodego Clarka Kenta zaprzepaszcza powoli jej najlepsze elementy. A wcale nie było ich tak mało. Serial ten ciężko byłoby uznać za niezwykle ambitny czy też innowacyjny. Dobra rozrywka - tym właśnie było dla mnie Smallville. Zabawą, ucztą dla oka i nasyceniem spragnionego nowych wrażeń fana komiksów. A co otrzymałem przez ostatnie pięć epizodów? Powielone pomysły, spieprzone profile postaci oraz nijakość... najgorszą rzecz jaka może przytrafić się serii telewizyjnej lub komiksowej.
LEX LUTHOR
Przed: Moim zdaniem najlepiej przedstawiona postać. Rozbity wewnętrznie młodzieniec, niezwykle ambitny i nieświadomie zmierzający do swojego przeznaczenia. Przyszły wróg Supermana. Ucieleśnienie zła. Tym właśnie stanie się w przyszłości. Na przestrzeni odcinków ukazywane były drobne niuanse, podteksty oraz zmiany w osobowości bohatera, które mogły wskazywać na stopniowe wypełnianie się jego losu. Co tu dużo mówić? Najlepszy Luthor w historii kina i telewizji. Niustannie się rozwijający... po prostu fascynujący! Po: Rozbity wewnętrznie... nudziarz. Melancholik - fajtłapa. Współczujący synalek, wykiwany perfidnie przez Dark Lanę (sic!) Przesadzam? Opis ten i tak jest znacznie ciekawszy od tego co widzimy na ekranie. Gdzie podział się Lex z szóstego sezonu? Co z jego mroczną krucjatą? Czyżby jego rogi przeleżały przerwę wakacyjną w jednej z jego skrzynek depozytowych?
CHLOE
Nigdy nie przepadałem za tą dziewczyną, ponieważ odbierałem ją jako dokoptowaną na siłę do mitologii postać. Taki Pete Ross z cyckami i cipką. I o dziwo lepiej wypadający w roli kumpla Supermana niż znany widzom czarnoskóry odpowiednik. No ale o czym to ja chciałem? Aha... biedna Chloe przeżywa obecnie ciężkie chwile. Musi ukrywać przed swoim chłopakiem, że jest meteo freakiem. Nienawidzę tego mówić, ale... CZY GDZIEŚ JUŻ TEGO NIE WIDZIELIŚMY?? (mała podpowiedź: relacje Clark-Lana, sezon 1-6)
LANA
Małżeństwo z Luthorem niezbyt pozytywnie wpłynęło na naszą kruszynkę. Całe szczęście wróciła na farmę do Clarka... otoczona anielskim światłem, ubrana w białe, delikatne ciuszki, szepcząc przy każdej możliwej okazji ciepłe słowa o miłości i innych fajnych rzeczach... ale zaraz! Coś tu nie gra! Dlaczego Lana biega po nocy z łopatą i tłucze nią biednych miliarderów? Po co jej tajne obserwatorium i skąd u licha ten pomysł, żeby w wolnym czasie piekła szarlotkę?? NO PLISSSS!! Nie mogę na to patrzeć.
CLARK
A Clark jak to Clark... ani nie irytuje, ani niczym w swoim zachowaniu nie zadziwia. Szkoda tylko, że kolejny sezon nie ruszył zadka na biegun. Co z jego treningiem? Czy scenarzyści nie mogli odwlec długo oczekiwanego szkolenia w bardziej oryginalny sposób? "KAL-ELU! MUSISZ ŚLEDZIĆ KARĘ!" Bądźmy jednak szczerzy. Jest to najlepszy wątek najnowszej serii, ale jeżeli twórcy nadal będą utrzymywać tą tendencję spadkową, to go po prostu spieprzą.
Smallville dostało zadyszki w serialowym biegu. Jakość takich produkcji jak Lost czy też Heroes nie ma zupełnie żadnego wpływu na mój odbiór. Nigdy bowiem nie dostzegałem rażącego kontrastu w tej zacnej trójce. W czym więc możemy upatrywać winy? Może siedem lat na antenie to jednak lekka przesada? Czas pokaże...
Majter

... jak go malują. Oj tak! A Miałem okazję osobiście się o tym przekonać kilka dniu temu. Zjawił się bowiem w moim mieszkaniu późnym wieczorem wyszedłwszy wpierw z ciemnej ściany na klatce schodowej. Stanął jak posąg i rzekł: czy mam przyjemność z panem ***? W głowie pojawiło się tysiące pytań: kim on jest? czego chce? czy znowu coś spierdoliłem? Wkrótce jednak okazało się, że powodem tej niespodziewanej wizyty był pewien incydent mający miejsce rok temu.
NIE I CH*J
Nie będę chyba orędownikiem jakiejś niezwykle oryginalnej myśli jeżeli napiszę, iż nie ma nic lepszego niż picie w plenerze. Tym bardziej gdy jest ciepło! Czynność tą można wykonywać dosłownie wszędzie. Na skałkach, górkach, za blokiem, w lesie itd. itd. Prawie wszędzie jest sympatycznie, są jednak rejony gdzie nie zawsze czuję się na tyle komfortowo, aby z nieskrępowaną niczym przyjemnością wlewać w siebie nalewki brzoskwiniowe. Do takich terytoriów należał właśnie park umiejscowiony zaraz przy kościele. Po pierwsze strasznie głupio jest pić w takim miejscu. Mimo, iż nie jestem przykładnym katolikiem staram się szanować wartości innych ludzi... blablabla! Druga rzecz to fakt, że chodzi tamtędy sporo ludzi. I tego feralnego dnia, który stał się zapalnikiem dla nadchodzących zdarzeń, moi najlepsi przyjaciele wpadli na pomysł, by właśnie tam się najebać. A że była wtedy godzina 17:00, a słońce bezczelnie wisiało sobie jasno na niebie, ryzyko wtopy znacznie wzrastało. Dlatego w odpowiedzi na ich plan odrzekłem: "Nie i ch*j!" Na nic jednak zdały się moje protesty! Nalegali tak długo, aż uległem tym brzydalom chłolernym.
GUL...GUL...GUL... o k*rwa!
Zaczęliśmy pić. Już w momencie otwierania butelki czułem, że coś jest nie tak. Dodatkowym elementem wprowadzającym mnie w stan niepokoju była nalewka wiśniowa, której wręcz nie cierpię, a zmuszony byłem pić z braku mojej ulubionej w asortymencie sklepowym. I tak nam czas beztrosko mijał do momentu, w którym zza drzew wyłoniła się furgonetka straży miejskiej! Mundurowi natychmiast wkroczyli do akcji, stosując przy tym technikę "dobry i zły glina". Ten dobry podszedł do nas z uśmiechem na twarzy, zapytał co pijemy i nawet udawał dla żartów, że zaraz pociągnie z gwinta. Drugi natomiast zgrywał służbistę i jak nie trudno się domyślić to właśnie on spisywał nasze dane. Panowie strażacy miejscy poszli nam bardzo na rękę, gdyż z całej naszej trójki tylko ja miałem przy sobie dowód tożsamości. Mandat przyjąłem na siebie, aby wmięczyczasie dogadać się miedzy kolegami w sprawie dzielenia kosztów tej zabawy (ok. 30 zł na łebka). Pieniążki otrzymałem, a że byłem wtedy strasznym biedakiem przewaliłem forsę na lewo i prawo. Przez cały rok bezskutecznie zanosiłem się ze spłaceniem kary. Dni mijały, ja zaś coraz bardziej miałem wyjebane na ciążące nade mną problemem.
One Year Later
Komornik przystąpił do formalności. Wyjął pliczek "karteczek" do wypełnienia, pokazał mi mój zeszłoroczny mandat i zaczął wypisywać "coś tam". Wkurwiony całą sytuacją czekałem tylko, aż skończy swoje. Ten zaś prawdopodobnie wyczuł nieprzyjemną atmosferę wiszącą w powietrzu, lub też stanowił typ człowieka o wesołym usposobieniu, ponieważ bez mniejszych krępacji sypnął na starcie kilkoma żartami. Dzięki niemu dowiedziałem się też o kilku mogących się przydać w przyszłości sprawach: - "Pan z Urzędu Miasta" (czyt. komornik) z uwagi na to, iż reprezentuje interesy Prezydenta Miasta musi być bardzo miły dla dłużników. Oni bowiem stanowią ważny (jeżeli nie największy) procent ewentualnych wyborców. - Nie warto płacić kary na czas. Mandat "podrożał" tylko o 10 zł, a jak to ujął pan komornik "Dzięki temu tacy ludzie jak ja mają prace!" - Uwaga! Cytuję! "Chłopaku, na przyszłość postarajcie ugadać się z policjantami, żeby wlepili wam mandat za śmiecenie. Wtedy zapłacicie tylko 50 zł!" Czy muszę dodawać coś jeszcze? Doświadczenie to niezwykle mnie wzbogaciło. Teraz wiem, że mogę pić bez strachu o swój los. Zaś zła sława komornika odeszła wraz z bajkami o smokach i rycerzach.
Majter

Ja tylko na chwilę, bo już ubrałem pidżamę i umyłem zęby przed spaniem. Chciałbym oświadczyć, iż bardzo ciesze się z wyników wyborów. Co prawda moje uświadomienie o politycznych losach Polski do dnia dzisiejszego spoczywało sobie w komorze stazy, ale nawet taki ignorant jak ja jest w stanie dostrzec, tudzież wyczuć kto tak naprawdę powinien wypaść z gry. Wiem, że nie było to sformułowanie godne politologa. Piszę w sposób jaki to czuję. Nawet taki prosty człowiek jak ja ma do tego prawo. Nie mam też zamiaru zasypywać osób czytających ten tekst kolejnymi teoriami, prognozami i statystykami. Uwierzcie mi, za jakiś czas będziecie mięli ich po wyżej uszu. Dzisiejszy wieczór bogaty był w atrakcje. Najpierw długa cisza wyborcza, stres i napięcie. Po raz pierwszy w życiu wybory nie były mi kompletnie obojętne. Najbardziej w zdumienie zaś wprowadziła mnie reakcja naszych rodaków. Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że słynna solidarność z której ponoć słyniemy odpłynęła do krainy wiecznych legend i można o niej jedynie wspominać odnosząc się do dawnych dziejów. A tu ZONK! Wzięliśmy się w garść i pokazaliśmy kaczkom kto tu rządzi. Nasz kochany kaczorek nie mógł oczywiście podarować sobie kilku zawistnych słów skierowanych w stronę PO. Z jego wypowiedzi jasno wynikało, że za słabszymi wynikami stoi kolejna sieć konspiracji, błędy kampanii oraz typowa, ludzka omylność... Niewątpliwym plusem obecnej sytuacji będzie to, że nie będę już musiał słuchać podobnego steku bzdur (przynajmniej nie w takiej jak dotychczas częstotliwości). Kolejna niespodzianka wieczoru! Możemy pożegnać się z LPR i Samoobroną! Ja chyba śnię! A skoro już o tym mowa to idę spać. Na koniec mam dla Was kochani czytelnicy patetyczną puentę (i w dodatku cholernie oryginalną o czym zaraz sami się przekonacie!). Mam nadzieję, że jutro obudzę się w lepszej Polsce. Dobranoc! ((w tle słychać oklaski))
Majter

Zawsze starałem się ubierać modnie. Oznacza to, że nigdy nie założyłbym na siebie spodni z ortalionu. Nie przyodziałbym się sweterkiem ala'konon i nie zbrukałbym swojej reputacji kurtką z łatami na łokciach. Nie jestem więźniem trendów, ale jednocześnie staram się wyczuć tą niewidzialną granicę dobrego smaku. Ostatnie dni pokazały jednak, że zdroworozsądkowe podejście do kwestii ubioru jest bezcelowe w starciu z trendami odbiegającymi od indywidualnych gustów. A zaczęło się tak niewinnie. Postanowiłem kupić sobie nowe spodnie. Takie najzwyklejsze w świecie jeansy. Proste, schludne i wygodne. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że taki wynalazek przeszedł do lamusa. Przerażającą przewagę w asortymencie sklepowym stanowią teraz celowo potargane i znoszone spodnie. A pośród nich ja - zażenowany i mający jakieś dziwne uczucie, że chyba się starzeje. Niech mi ktoś wytłumaczy co jest takiego fajnego w posiadaniu dziurawych porów? Przecież zbliża się zima, piździ niemiłosiernie i nawet boję się pomyśleć w jakim stanie wróciłbym z cmentarza w dniu Wszystkich Świętych. Poza tym kto zauważyłby, że mam nowe spodnie kiedy te - przetarte do cna - niczym nie różniłyby się od znoszonych, wyglądających na ujebane po robocie budowlanej szmaciaków. "To załóż kalesony!" ktoś mógłby rzec. Tak! I do tego czerwone majtki, kalosze i peleryna. Zostanę Supermanem (swoją drogą moja ulubiona postać komiksowa)! Najgorsza w tym wszystkim jest wspomniana wcześniej "jednakowość". Brak możliwości wybicia się w tłumie za sprawą oryginalnego ubioru. Brak możliwości wyboru. Chyba przerzucam się z powrotem na lumpeksy.
Majter

Co było pierwsze? Fajka czy piwo? Tym oto naukowym, wyraźnie (tak przynajmniej mi się wydaje) zahaczającym o kwestie ewolucyjne tonem rozpoczynam mój wywód. Zapewniam też, że dalsza część tekstu pozbawiona będzie jakiejkolwiek warstwy intelektualnej. Zawieje oczywiście typowym u mnie dydaktyzmem, ale na to już niestety nie mam wpływu. Witajcie w świecie głupoty... Ona bowiem jest żródłem problemu o którym mowa. Nałóg nikotynowy. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego papierosa i uczucia towarzyszące temu występkowi. Ekscytacja, coś nowego, zakazanego. Najczęściej zaczynamy palić jako nastoletnie dzieci, a powody temu towarzyszące są różnorakie. Należą do nich nuda,
- Rychu, cho no! Zapalimy za szkołą kur*a!
- Ty, jeszcze piwko se jebniemy nie?
- No.
chęć zaszpanowania przed kolegami,
- Krystian! Palisz szlugi? - zawołał Rychu.
- Eee... no jakoś tak nie bardzo - odpowiedział speszony chłopiec.
- A chcesz?
- Eee... no kurcze, wiesz... - zawahał się nasz ciapowaty bohater.
- No nie bądź pizda! Słowa te zadziałały jak zaklęcie. Krystian wziął do ręki papierosa i zaciągnął sie robiąc przy tym skwaszoną minę.
bunt oraz pragnienie indywidualizmu. No bo nikt nie da mi wmówić, że spodobały mu się walory smakowe i to one czynią jego uzależnienie rzeczą wartą utraty zdrowia (chociaż zdarza się i tak o czym napiszę za chwilę). Podane wyżej sytuacje, są oczywiście przesadzone i pasują bardziej do jakiegoś patologicznego, tudzież dresiarskiego światka, w którym wiek bohaterów oscylujące gdzieś pomiędzy 12-14 rokiem życia. Niestety motywy kierujące nami, są niezmienne co czyni sytuację jeszcze bardziej komiczną gdy uzmysłowimy sobie jak destrukcyjna jest nasza natura. Bardzo łatwo jest ocenić to co mną kieruje kiedy stanie się z boku. W momencie jarania rzadko jednak towarzyszą mi podobne myśli. Dlatego jeszcze rzadziej rozważam kwestię rzucenia świństwa. Przez ostatnie dni staram się jednak od niego oderwać i z bólem muszę przyznać, iż jest to zadanie cięższe niż mógłbym pomyśleć. Podczas moich kilkutygodniowych zmagań wymyśliłem nawet kilka technik to ułatwiających. Ich skuteczność jest jak wynika z tekstu niska, być może osoba to czytająca będzie umiała wykorzystać je w bardziej wydajny sposób.
ZATRUCIE
Metoda stara jak świat. Idziesz na imprezę, do klubu, tudzież otwierasz domowy barek z alkoholem. Wlewasz w siebie tyle, że odczuwasz stan zwany pizdą i idziesz spać. Skoro jesteś palaczem to na pewno nie zapomnisz o tym, aby palić w tym czasie.
BIEDA
Kieszeń pusta. Nie ma za co kupić paczki petów. A ile można opalać znajomych, prawda? Skutek - pożądany, gdyż nieubłagany świat materializmu zafundował Ci darmową kurację.
W PARY
Dobierasz sobie koleżankę, kolegę żyjącą w nałogu. Zatruwasz jej umysł pogadanką o negatywnym działaniu nikotyny, po czym dodajesz jak to ciężko z pieniążkami. Twoja paląca połówka dochodzi oczywiście do podobnych wniosków dzięki czemu rzucacie razem. Polecam tą technikę szczególnie ze względu na możliwość wzajemnego się kontrolowania.
Palenie ma oczywiście swoje plusy. O wiele lepiej smakuje z papierosami piwo, a i najebać można się szybciej. Nie sądzę, aby kompensowało to straty zdrowotne i finansowe, lecz muszę się jakoś pocieszać. Kiedyś pewnie osiągnę swój cel i definitywnie zamknę temat szlugów. Do tego czasu trzymajcie za mnie kciuki i pamiętajcie:

Cholera! Przez te pieprzone wakacje oduczyłem się pisać. Wykrzesanie kilku zdań na klawiaturze jest dla mnie wyczynem na skalę kosmiczną. A cóż takiego dokonało się w moim życiu, że tak się uwsteczniłem? Czyżby praca robola doprowadziła do takiego stanu!? Jako młodszy elektryk monter musiałem całkowicie wyzbyć się uczuć wyższych oraz nieustannie być przygotowanym na obelgi ze strony kierownika. Stres, wycieńczenie, mało snu... tak! Myśle, że to dlatego! Wakacje? Chyba coś przeoczyłem... Zaczynają sie studia. Stopniowo dostrzegam moje rzeczywiste podejście do obowiązków i niechętnie, acz z pokorą muszę przyznać słuszność opinii jakoby zawsze muszę wymyślić coś, aby odciągnąć się od nauki. Wcześniej była to praca. Ciężki wysiłek, satysfakcja z wykonanego obowiązku... budziło to we mnie odczucia przysłaniające problemy studiowania. W tamtej bowiem chwili stały się one dla mnie błahe i śmieszne. Szukając nowych bodźców antyedukacyjnym postanowiłem, że ucieczką od uczelnianych powinności będzie tym razem nadrabianie braków w postaci nieobejrzanych nigdy z różnorakich przyczyn filmów i niedokończonych lub odrzucających mnie nie wiedzieć czemu książek. Tak! Świadomość, że jeszcze umiem czytać jest niesamowita. Dawniej przebrnięcie przez księgę o grubości przekraczającej jakieś sto stron graniczyło dla mnie z cudem. Jednak świadomość zaprzepaszczonego niegdyś czasu i zwyczajna nuda skłoniły mnie do sięgnięcia po najwyższą klasykę.
Zbrodnie i karę! Jak narazie nie mogę się wręcz oderwać. Czysta przyjemność płynąca z obcowania z tak świetną lekturą sprawia również, że mam cholernego wkurwa na samego siebie. Pomyśleć tylko, że mogłem w swoim marnym życiu przeczytać o wiele więcej. To się wręcz w głowie nie mieści jak można być takim obibokiem. Co ja w tym czasie robiłem w liceum?
Innym, równie traumatycznym dla mnie przeżyciem było zapoznanie się z serialem Twin Peaks. A raczej przypomnieniem go sobie. Co w tym w ogóle takiego niezwykłego? Wbrew pozorom odpalenie pierwszego odcinka nie było dla mnie rzeczą łatwą. Jest to jedyne zjawisko filmowe, które w moim umyśle wytworzyło wokół siebie tak gęstą aurę tajemniczości. Taki standardowy "zakazany owoc". Dużą w tym zasługę mieli moi rodzice, którzy konsekwentnie zabraniali oglądania "tego brzydkiego filmu" tym bardziej, że puszczany był w godzinach nocnych. Nie mam im tego za złe. Przynajmniej wyrosłem na względnie normalnego człowieka... no dobra, kogo ja chcę oszukać?? :)
Psychoza... kolejna perełka, którą jakimś cudem przeoczyłem na przestrzeni lat. Film, który jest ponadczasowy (i ch*j, że czarno-biały! przeraża równie mocno co w kolorze). Niesamowity klimat grozy, mroczna zagadka i ten straasznyyy dooom! Kto nie widział, ten pipa! O! To by było na tyle. Obiecuję kochany pamiętniczku, że będę pisać częściej. Postaram się też popracować nad gramatyką... pa!
Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)