Kochani! Stała się rzecz niemożliwa. Z okazji wyświetlenia 1542354 odcinka Mody na sukces w TVP1 do popularnego serialu powróciła kultowa już postać demonicznej Szili Carter. Któż nie pamięta jej mrocznych poczynań mających na celu zniszczyć rodzinę Foresterów? Wielu krytyków filmowych podziela zdanie o nietuzinkowości roli odtwarzanej przez Kimberlin Brown. Nic więc dziwnego, że takie sceny jak próba zabicia Stefani Forester przeszła już do legend kultury masowej. Na bazie tej złożonej kreacji aktorskiej napisano już wiele prac doktorskich, przeznaczono jej setki analiz psychologicznych i do dnia dzisiejszego poświęca się jej przynajmniej kilka słów w felietonach i audycjach o zaburzeniach osobowości. Jeżeli jednak nie macie zielonego pojęcia o czym piszę sprawdźcie na własną odpowiedzialność. Oto próbka zdolności Szili. Przed włączeniem filmiku upewnijcie się, że w pobliżu nie ma dzieci.
Uff... Jeśli ta brutalna i niezwykle odrażająca mozaika nie zaspokoiła Waszych psychopatycznych zachcianek zapoznajcie się ze spoilerami do nadchodzących odcinków: - w niedługim czasie Carter zapragnie połączyć Rika ze swoją córką - Brooke weźmie ślub z Ridżem (tak! to prawda!), ten drugi zaś zostaje porwany przez szaloną Szilę - dochodzi do spektakularnego pojedynku na miecze między kobietami! Więcej nie mogę Wam zdradzić. Pozostaje jedynie oglądać na bierząco wszystkie epizody. Według moich obliczeń wspomniane wyżej wydarzenia nastąpią za dwa lata. Wiem, że to długo, ale pocieczę Was. Do tego czasu żaden z bohaterów nie postarzeje się ani na jotę.
Majter

Nie wiem czy to ja się starzeję, czy też niektóre rzeczy otaczające mnie stają się głupsze. Pomyślmy... Na własnym przykładzie możemy odczuć, iż z dnia na dzień przeistaczamy się w inną osobę. Uzupełniamy poglądy, uczymy się na błędach. Poznajemy nowe miejsca i ludzi. Rozwój. Oto co cechuje każdą ludzką istotę. Ten nieprzenikniony czynnik, który popycha naszą egzystencję do przodu, nakręca wszechświat i przewraca porządek, jednym słowem: każe biec do przodu. Siódmy sezon Smallville burzy to odwieczne prawo i pokazuje nam w sposób dosłowny co oznacza uwstecznienie. Z bólem serca muszę przyznać, iż najnowsza odsłona przygód młodego Clarka Kenta zaprzepaszcza powoli jej najlepsze elementy. A wcale nie było ich tak mało. Serial ten ciężko byłoby uznać za niezwykle ambitny czy też innowacyjny. Dobra rozrywka - tym właśnie było dla mnie Smallville. Zabawą, ucztą dla oka i nasyceniem spragnionego nowych wrażeń fana komiksów. A co otrzymałem przez ostatnie pięć epizodów? Powielone pomysły, spieprzone profile postaci oraz nijakość... najgorszą rzecz jaka może przytrafić się serii telewizyjnej lub komiksowej.
LEX LUTHOR
Przed: Moim zdaniem najlepiej przedstawiona postać. Rozbity wewnętrznie młodzieniec, niezwykle ambitny i nieświadomie zmierzający do swojego przeznaczenia. Przyszły wróg Supermana. Ucieleśnienie zła. Tym właśnie stanie się w przyszłości. Na przestrzeni odcinków ukazywane były drobne niuanse, podteksty oraz zmiany w osobowości bohatera, które mogły wskazywać na stopniowe wypełnianie się jego losu. Co tu dużo mówić? Najlepszy Luthor w historii kina i telewizji. Niustannie się rozwijający... po prostu fascynujący! Po: Rozbity wewnętrznie... nudziarz. Melancholik - fajtłapa. Współczujący synalek, wykiwany perfidnie przez Dark Lanę (sic!) Przesadzam? Opis ten i tak jest znacznie ciekawszy od tego co widzimy na ekranie. Gdzie podział się Lex z szóstego sezonu? Co z jego mroczną krucjatą? Czyżby jego rogi przeleżały przerwę wakacyjną w jednej z jego skrzynek depozytowych?
CHLOE
Nigdy nie przepadałem za tą dziewczyną, ponieważ odbierałem ją jako dokoptowaną na siłę do mitologii postać. Taki Pete Ross z cyckami i cipką. I o dziwo lepiej wypadający w roli kumpla Supermana niż znany widzom czarnoskóry odpowiednik. No ale o czym to ja chciałem? Aha... biedna Chloe przeżywa obecnie ciężkie chwile. Musi ukrywać przed swoim chłopakiem, że jest meteo freakiem. Nienawidzę tego mówić, ale... CZY GDZIEŚ JUŻ TEGO NIE WIDZIELIŚMY?? (mała podpowiedź: relacje Clark-Lana, sezon 1-6)
LANA
Małżeństwo z Luthorem niezbyt pozytywnie wpłynęło na naszą kruszynkę. Całe szczęście wróciła na farmę do Clarka... otoczona anielskim światłem, ubrana w białe, delikatne ciuszki, szepcząc przy każdej możliwej okazji ciepłe słowa o miłości i innych fajnych rzeczach... ale zaraz! Coś tu nie gra! Dlaczego Lana biega po nocy z łopatą i tłucze nią biednych miliarderów? Po co jej tajne obserwatorium i skąd u licha ten pomysł, żeby w wolnym czasie piekła szarlotkę?? NO PLISSSS!! Nie mogę na to patrzeć.
CLARK
A Clark jak to Clark... ani nie irytuje, ani niczym w swoim zachowaniu nie zadziwia. Szkoda tylko, że kolejny sezon nie ruszył zadka na biegun. Co z jego treningiem? Czy scenarzyści nie mogli odwlec długo oczekiwanego szkolenia w bardziej oryginalny sposób? "KAL-ELU! MUSISZ ŚLEDZIĆ KARĘ!" Bądźmy jednak szczerzy. Jest to najlepszy wątek najnowszej serii, ale jeżeli twórcy nadal będą utrzymywać tą tendencję spadkową, to go po prostu spieprzą.
Smallville dostało zadyszki w serialowym biegu. Jakość takich produkcji jak Lost czy też Heroes nie ma zupełnie żadnego wpływu na mój odbiór. Nigdy bowiem nie dostzegałem rażącego kontrastu w tej zacnej trójce. W czym więc możemy upatrywać winy? Może siedem lat na antenie to jednak lekka przesada? Czas pokaże...
Majter

Słonko świeci, piwko buzuje w żyłach, a mi wciąż po głowie lata jedna myśl. Dlaczego nie skomentowałem jeszcze nowego Jokera? Zalany falą opinii, które pojawiały się w internecie wciąż konsekwentnie milczałem. Chyba czekałem na taki moment kiedy emocje opadną. Wtedy też mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jestem komiksowym furiatą, plującym na wszystko co rozmija się z moimi oczekiwaniami. A takie zjawisko jest niestety nieobce fanowskim masom. Przykładem może być chociażby najnowszy obraz o Supermanie. Naoglądali sie tacy Batman Begins i z jakiegoś nieznanego mi powodu doszli do wniosku, że film Singera będzie podobny. Oczywiście nie była to produkcja nastawiona tylko na efekty specjalne, ale i to nie spodobało się zbuntowanym fanom. Narzekają na nudę chociaż nie chcieli słyszeć o spłyconej interpretacji tej postaci. Otrzymali kompromis - i się zawiedli. Zadziwiające jest jednak ich podejście do osób lubiących nową ekranizację. Hasła typu "Nie odkryłeś jeszcze, że ten film jest gupi, chociaż wszyscy cały czas pokazują ci na to dowody?" to istne perełki zaśmiecające grupy dyskusyjne. Podobny przykład dotyczy serialu Heroes. Na forach odzywają się głosy, że ostatni odcinek był za mało cliffhanger'owy. Oczekiwali nagłego zwrotu akcji ala Lost. Zamiast tego trzymali zwarty finał. Znowu się zawiedli. Problem jednak w tym, że twórcy sami uprzedzali o zamknięciu wszystkich wątków w jednej serii. Kolejny punkt potwierdzający głuchotę internetoli. Jeżeli chodzi o nowego Jokera, to ludzie podzielili się na dwa obozy. Pierwszy zaczął napierdalać na zdjęcie zanim się jeszcze pojawiło. Nie chcieli nawet słyszeć o Ledgerze jako odtwórcy szalonego clauna. Dla nich bogiem był tylko i wyłącznie Nicholson i bez znaczenia było, że jego interpretacja była daleka od pierwowzoru. Ale nic... mamy jeszcze drugi obóz, wychwalający rolę nowego aktora jako znakomitą, szaloną, chorą itd. Wszystko fajnie, tylko skąd oni to wiedzą na kilka tygodni przed premierą? Ja jestem wśród tych, którzy cichutko podśmiechują się z obu grup. Jedna przeszczekuje drugą, a wydarzeniu temu towarzyszą często przezabawne argumentacje. A Joker? Wygląda fajnie, ale cały czas czekam, aż wyszczerzy zęby w uśmiechu.
Zdjęcie przedstawiające nowego Jokera
Majter

Cholera! A już myślałem, że jestem genialny. Oglądnąłem sobie kilka dni temu Star Trek VI: The Undiscovered Country i oświeciło mnie, że od Klingonów jedzie komuną na kilometr. Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy, to wszechobecny na ich planecie kolor czerwony. Dodatkowym elementem działającym na moje bodźce kojarzenia był uroczo niesprawiedliwy system sądownictwa, czyli coś jak u nas tylko, że 20 razy gorzej. Uradowany zabrałem się za pisanie, ale jak zwykle nie znałem poprawnej pisowni oryginalnego tytułu filmu. Wchodzę na stronkę ************ i co widzę? Że jacyś frajerzy wyczytali z fabuły to samo co ja, z tą różnicą, że było to ponad 20 lat temu! I jak tu się nie wkurzyć? Żeby było śmieszniej, to jeszcze doszukali się alegorii dotyczącej wybuchu Czarnobyla. Wychodzi więc na to, iż okazali się bystrzejszymi obserwatorami ode mnie. Skołowany i zdruzgotany przerażającą potęgą internetu postanowiłem przełamać chwilową awersję do tego wspaniałego nośnika informacji. Ostatnią deską ratunku było sprawdzenie komunistycznych powiązań ze Star Trek The Next Generations. Uruchomiłem Google i wpisałem kluczowe słowa "ST" i "komunizm". Sprawdziłem dwie strony... nic nie znalazłem. A do czego zmierzam? W tym bowiem serialu dziesiątki razy słyszałem, jak bohaterowie zachwalają niesamowity system, według którego żyją członkowie Federacji Zjednoczonych Planet. Wszyscy są szczęśliwi, ponieważ nie ma własności prywatnej, a ludzie kształcą się dla własnego rozwoju nie dążąc przy tym do bogacenia się. Ahh... aż się wzruszyłem. Chciałbym żyć w takiej przyszłości. Doszukałem się też dwóch fajnych rzeczy. W latach 80-tych niemal każdy film s-f ukazywał nam wizję współpracy z ZSRR. Na przykład w Odysei Kosmicznej 2010 ku przestrzeni wyruszyły dwie załogi - ruska i amerykańska. Ciągle coś im między sobą nie pasowało. Podróż była uciążliwa, ale w końcu oba kraje - dzięki ingerencji Obcych - pojednały się na tle dwóch słońc (kto oglądał ten wie o co chodzi). W Star Treku natomiast częścią załogi Kapitana Kirka jest mały rusek - Pavel Chekov. Swoją drogą wyjątkowo upierdliwy i niepotrzebny bohater. Chodzi po okręcie, coś pieprzy bez sensu. Niby jest śmieszny, ale na moje poczucie humoru działa jak środek przeczyszczający. Jego wzrost z pewnością miał sugerować niższość i posłuszeństwo wobec Zachodu. Z kolei w TNG klingończyk o imieniu Worf wychowywany był przez ziemskich rodziców - RUSKÓW! Ha! I kto jest mistrzem? Ciekawe czy to znajdziecie w Google! Podsumowując najbardziej zastanawia mnie, że twórca świata Treka - Gene Roddenberry - świadomie lub nie, wprowadza komunistyczne idee w świat amerykańskich wartości. I jak widać koegzystencja obu żywiołów sprawdza się znakomicie. Wniosek jest zatem prosty jak konstrukcja cepa. Jak się chce... to można!
Majter

Biorąc pod uwagę fakt, iż nikt nie czyta tego bloga, uzmysłowiłem sobie jak wielkie możliwości stoją teraz przede mną. Nigdy nie miałem takiej wolności twórczej, a że moje wpisy nie muszą być poddawane ocenie z zewnątrz mogę wstrzeliwać się w dosłownie każdą tematykę. A o czym napiszę teraz? Kocham filmy s-f. Od lat młodzieńczych rządzą moją wyobraźnią. Naoglądałem się tego już tyle, że powinno mi wychodzić bokiem. Ale nie! Zawsze chętnie zbadam nawet najgorszy gniot. Co prawda w połowie seansu mogę rzucić pilotem o ścianę, grunt jednak, że nie przeszedłem obok owej produkcji obojętnie. A jakie s-f najbardziej preferuję? Oczywiście takie "przyszłościowe" z kosmitami, statkami międzygwiezdnymi, laserami i... androidami! Przez tych ostatnich długi czas nie mogłem spać po nocach. Będąc małym szkrabem zawsze chowałem się za drzwiami, kiedy na ekranie pojawiał się jakiś blaszak. Dlaczego tak mnie przerażali? Hmm... zawsze mogło mu się któremuś coś poprzestawiać w tym pozytronowym mózgu, a że był silniejszy i mądrzejszy, to bez trudu poradziłby sobie z zabiciem przedstawicieli ludzkiej obsady filmu. W dodatku komputerowe popiskiwania i światełka ze ślepiów nie zwiększały mojej sympatii do Tych istot. Wydaję mi się, że początek mojej cyber fobii wiąże się z ekranizacją "Akademii Pana Kleksa". Ale o co chodzi? Przecież to typowa baśń edukacyjna dla najmłodszych. I co do tego rzeczywiście nie ma wątpliwości. W filmie pojawia się jednak dość obszerny wątek Golarza Filipa, który za pośrednictwem lalki Adolfa pragnie zniszczyć tytułową Akademię. No i właśnie ta lalka narobiła niezłego bałaganu w moim młodym umyśle. Nie dość, że sam Golarz roztaczał wokół siebie mroczny i przerażający nastrój, potęgowany dodatkowo przez sugestywną ścieżkę dźwiękową, to w dodatku przysyła naszym bohaterom tego spiskującego, mechanicznego, małego gnojka. Już od początku swojej obecności w murach szkoły budzi grozę i niepokój. Nie posiada snów i mówi jak na robota przystało twardym, plastikowym akcentem. Jego chód jest również imponujący. To wypadkowa Terminatora i laleczki Chucky. Oblecha! Inny kultowy android - Roy Batty z "Łowcy androidów" Ridleya Scotta. Tym razem mamy do czynienia z obrazem przeznaczonym dla widza dorosłego. I o ile w Akademii czynnikiem wywołującym strach była czysta dziecięca fantazja, tak w przypadku Łowcy zaważyło świetne aktorstwo oraz imponująca wizja postapokaliptycznej Ziemi. Roy Batty szuka swoich korzeni, dosłownie zmierza do tego celu po trupach. Poprzez obsesję na punkcie przedłużenia swojego życia staje się jeszcze bardziej niebezpieczny. Jest silny, odporny na warunki nieprzyjazne człowiekowi, w dodatku posiada cholernie nie ludzki wygląd (logiczne... Rutger Hauer). Kolejnym robotem na mojej czarnej liście jest Terminator. To chyba jedna z najbardziej przerażających postaci kina. Obdarzony ludzką powłoką mechaniczny potwór, którego nic nie może powstrzymać przed zabiciem Sary Connor. Nie posiada żadnych hamulców moralnych. Ma tylko jeden cel. Trzeba przyznać, że Arnie znakomicie spisał się w tej roli. Twardy, niemiecki akcent oraz imponująca budowa - toć to cyborg pełną gębą. Ale to co najbardziej straszyło było dziełem specjalistów od efektów specjalnych i charakteryzacji. Nigdy nie zapomnę kulminacyjnej sceny w fabryce, w której to Sara ucieka na czworakach przed mechanicznym endoszkieletem. A pamiętacie może taki serial "Gwiezdna eskadra"? Był to jednosezonowy produkt, który nie przypadł do gustu zachodniej widowni. Teraz po części przyznałbym temu rację, lecz dla samego motywu androidów seria powinna przetrwać jeszcze choć jeden sezon. Tutaj maszyny walczą o swoje prawa i zawierają pakt z obcymi. Najbardziej interesujące jest jednak samo ich wprowadzenie do historii. W pierwszym odcinku pojawiają się tylko w retrospekcjach i w dodatku nie do końca, bo tylko pod postacią nie lubianych przeze mnie cyber-dźwięków i świateł. Następnie bohaterowie wymieniają między sobą informacje o nich, wspominają wielką wojnę oraz ujawniają swoją niechęć i strach. Padają bardzo ciekawe słowa: "Pamiętam kiedy byłem dzieckiem i zobaczyłem pierwszego A.I. Wyglądał jak człowiek, ale.... coś w nim było nie tak." Za to książkowym przykładem robo-świra (czyli takiego co w połowie filmu wariuje) jest Ash (Ian Holm) - oficer medyczny ze statku Nostromo. Najpierw wprowadza swoją załogę w pułapkę (dla niedomyślnych chodzi o Obcego), a potem totalnie dostaje w dekiel. Skacze, biega, mamrocze coś bez sensu, wylewa z ust białą ciecz... no i dusi Ripley. To trzeba po prostu zobaczyć! Dzisiaj spoglądam na te postacie z mniejszym niepokojem. Moja fobia zakończyła się w momencie, kiedy obejrzałem pierwszy odcinek Star Trek - The Next Generations. Jednym z bohaterów serialu jest android Data. Generalnie jest to przyjazny gość, ale nawet on w dwóch czy trzech odcinkach stanowił niebezpieczeństwo dla innych. Ma również brata Lore - kompletnego szajbusa. O Star Treku rozpiszę się jednak w następnych postach.
Majter

Seks! Jedna z ulubionych czynności człowieka. Niegdyś temat tabu, którego echo po cichu roznosiło się w zbiorowej świadomości ludzkiej. Dzisiaj - obiekt badań, dyskusji oraz celowej prowokacji. Kultowy już dziś serial "Seks w wielkim mieście" bardzo skutecznie przetarł wyraźną ścieżkę na tej estetycznej płaszczyźnie. Nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu pojawiają się mniej lub bardziej udane produkcje dotykające problematyki relacji międzyludzkich, a co za tym idzie... seksu. Nie trzeba też być wnikliwym obserwatorem kina, aby dostrzec jednostki bazujące na image seks bomby lub super maczo. Są też i tacy, którzy do tematu podchodzą jak najbardziej ambitnie. Nie wiem w stu procentach, czy tak jest i w przypadku Jamesa Spadera - bohatera mojego artykułu - ale coś musi być w tym, iż z pośród skromnego dorobku filmowego aktor ten może pochwalić się, aż trzema produkcjami erotyczno - psychologicznymi. Kto wie? Być może nie ma lepszych propozycji. Mniejsza o to. Ze swojego zadania wywiązuje się niemal wzorowo, ale od początku...
"Seks, kłamstwa i kasety video" był wielkim debiutem Stevena Soderbergh'a. Opowiadał on historię typowego amerykańskiego małżeństwa - Johna i Anny (Andie MacDowell) - które w tym wypadku przeżywało poważny kryzys. Meżczyzna wdaje się w romans z siostrą Ann - Cynthią. Tymczasem do miasta wraca przyjaciel Johna ze studiów - Graham (w tej roli Spader) - będący wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej zainteresowany drugą połówką przyjaciela. Tak się jednak składa, iż Graham jest impotentem, zaś ujście swoich problemów znajduje w oglądaniu kaset zawierających intymne zwierzenia poznanych przez niego kobiet. Film obnaża pokręconą amerykańską mentalność oraz miesza w jednym kotle ciekawą zupę charakterów. Myślę, że jest to całkiem dobry początek na zainicjowanie przygody z tego typu kinem.
Następnym obrazem z udziałem Jamesa jest "Crash" Davida Cronenberga (ciekawa zbieżność nazwisk prawda?). Prezentuje w nim postać niezaspokojonego seksualnie człowieka - Jamesa Ballarda, producenta filmowego - który w maraźmie istnienia prawdopodobnie szuka sensu swojego "ja". Zabawne, iż z mojej strony jest to niemal wymuszona interpretacja. Bohater ten jest bowiem trudny do zaszufladkowania. Identyfikacja z postacią jest o tyle ciężka, iż nie wiadomo, czy należy mu współczuć, czy też brzydzić się jego seksualnymi doznaniami. Ucieka on bowiem w świat mechaniki, która stanowi nierozłączny element pobudzenia. Dziwna więź nawiązana między nim, a tajemniczą Helen po wypadku samochodowym, przeradza się w szokującą intensyfikacje ryzyka i podniecenia. Równie intrygującą osobą jest żona Ballarda, Catherine, podobnie jak mąż pozbawiona hamulców moralnych, śmiało korzystająca z uroków życia i ciągle stawiająca sobie nowe wyzwania erotyczne. I chyba w tym tkwi tragedia pary. Wzajemnie się zdradzają, wciąż będąc razem. Świadomie rozszerzają swój "dorobek" w naiwnym oczekiwaniu na jakiś znak, iż wreszcie się odnaleźli. Są po prostu samotni. W porównaniu do poprzedniego, powierzchownie zbliżonego tematyką filmu, otrzymujemy zupełnie inną wizję - mroczną, przygnębiającą, w jakiś sposób przerażającą. Historia nie pozostawia nam żadnej nadziei na normalność. I nie stanowi to też jej celu.
Ostatni obraz "Sekretarka" jest już nieco luźniejszą opowieścią. Utrzymana w ciepłym, lekko komediowym klimacie historia ukazuje nam pozornie typową relację szef <-> pracowniczka. Znajomość ta z biegiem czasu staje się sadomasochistycznym układem, przez cały film nabierającym tempa. Również tutaj główni bohaterowie są zagubionymi, samotnymi istotami. Nieśmiały prawnik i była pacjentka szpitala psychiatrycznego, Lee (Maggie Gylenhaal). Odtwórczyni tej roli należą się ogromne brawa z mojej strony. Dawno już nie widziałem na ekranie osoby tak zakompleksionej i złamanej. Oprócz typowego nieprzystosowania społecznego, Lee posiada pewien sekret. Kiedy nikt nie patrzy kaleczy swoje ciało. Dzięki nowej znajomości powraca ona na "właściwie" tory, odzyskuje pewność siebie, przechodząc jednak ciężką drogę ku zrozumieniu samej siebie. Tak! Pod płaszczykiem nie do końca przykładnych stosunków naszych bohaterów, kryje się dość ciekawa psychologizacja ich zachowań. Bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, w jakim kierunku Lee ukierunkowała swoje cierpienie. Obrała w pewien sposób podobną drogę do poprzedniej, lecz tym razem nie dzieje się to kosztem jej zdrowia psychicznego... jeżeli możemy już w ogóle mówić w takich kategoriach :)
Trzy różne obrazy, każdy z nich zaś ukazuje inne spojrzenie na sprawy seksu. Niekiedy uczą i wskazują łączność między naszym umysłem, a ciałem. Stawiają nam niezręczne pytania i bez wątpienia nie pozwalają ominąć ich obojętnie. Tak więc czym prędzej do wypożyczalni... no dobra! I tak wiem, że sciągniecie to z neta :)
Majter

Kilka tygodni temu nasza kochana TVP rozpoczęła emisję popularnego za granicą cyklu Heroes. O ile zachodni widzowie przyjęli serial z ogromnym entuzjazmem (premierowy odcinek zgromadził przed małymi ekranami 15 mln) tak polskie realia nie okazały się zbyt życzliwe dla nowego cyklu. Nic dziwnego. Należy bowiem pamiętać, iż cierpliwość nie należy do głównych cech internatów. Ci - w chwili wystartowania serii w polskiej telewizji - dawno już zaopatrzyli się w cały sezon. Pojawiają się też spekulacje, jakoby przyczyną takiego stanu rzeczy miała być kiepska kampania reklamowa. Szczerze powiedziawszy nie przypominam sobie, aby kochany u nas przez wszystkich Lost mógł pochwalić się lepszą promocją. Nawet premiera wyświetlanego ostatnio 4400 poprzedzona została większą ilością filmików i zwiastunów. Załóżmy jednak, że mam poważne problemy z pamięcią. Nie od dziś wiadomo jaki stosunek do opowieści komiksowych mają nasi rodacy. Najlepiej świadczy o tym niska frekwencja podczas wyświetlania ekranizacji wielkich trykociarzy. Poza tym przeciętny szary obywatel uważa opowieści obrazkowe za intelektualny bełkot, w dodatku szkodliwy i niczego nie uczący! Wara z tym od dzieci! A właśnie... nawet one dały przysłowiowego ciała nie zjawiając się w kinach. Zanim przystąpiłem do wstukania moich skromnych przemyśleń, postanowiłem poszperać trochę w sieci w poszukiwaniu ciekawych materiałów na temat serii. To na co natrafiłem można określić dobitnie w jeden sposób... wielkie NIC. Aż dziw bierze, że cieszący się tak wielką popularnością w internecie serial, może się pochwalić tylko kilkoma stronkami, opracowanymi w dodatku na odpieprz i posiadającymi jedynie dobrze rozwinięte sekcje newsów. Opisów postaci nie mógłbym pozostawić bez komentarza, gdyż fuszerka na którą pozwolili sobie webmasterzy woła o pomstę do nieba. Gdybym dogłębniej zbadał sprawę, z pewnością dotarłbym do źródła inspiracji autorów owych biosów - przetłumaczonych materiałów promocyjnych. Uwierzcie mi - może być gorzej. Niektórzy bowiem kopiują od swoich kolegów po fachu całe teksty, aby następnie wrzucić je na własne stronki. Wstydźcie się łebmasterzy!
Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)