Miesiąc temu całkiem porządnie dostało mi się w internecie z powodu mojego poprzedniego wpisu. Długa przerwa w pisaniu nie była jednak spowodowana traumą, lecz banalnym w swej prostocie brakiem weny, znudzeniem, zdezorientowaniem i lenistwem. Musicie też wiedzieć, że ostatnio przetaczam się przez ulice w nadziei na jak najszybszy koniec zimy. Nienawidzę tej pory roku. Niechęć tą potęguje fakt, iż natura nie uraczyła nas w tym sezonie widokiem pokrywającego wszystko białego śniegu. Całkiem dobrze wywiązała się zaś z kwestii mrozu i wiatru. Dosłownie nie mogę doczekać się chwili, kiedy zrzucę z siebie ciężką kurtkę. Zanim to jednak nastąpi muszę jeszcze trochę pognić w domu, w międzyczasie wyskakując do jakiegoś pubu lub spijając tanie wino z dala od ludzkich oczu. Dużo zabawy dostarcza mi również szukanie nowych znajomości na Naszej klasie. Na początku myślałem, że nie znajdę w tym serwisie cech, które mogłyby na dłużej przykuć moją uwagę. Stała się natomiast rzecz odwrotna i niezamierzona.
Nasza klasa zdołała skupić wokół siebie zainteresowanie nie tylko absolwentów polskich szkół. Przebiła się bowiem na nowy, nieoświatowy poziom, aby zaraz potem złamać bariery czasu i przestrzeni, wykrzywić rzeczywistość i pozwolić fantazyjnym światom dostać się do szarej, polskiej strefy. Tym oto sposobem w moich kontaktach znalazły się postaci wybitne, gwiazdy ekranu oraz bohaterowie, którzy wcześniej zamieszkiwali jedynie kreskówki oraz baśnie opowiadane do snu. Pozwólcie, że podziele się z Wami tym doświadczeniem. Oto zbiór najbardziej charakterystycznych i nieszablonowych osobistości w mojej liście znajomych:




He-Man: Książe Eterni. Jeden z najpotężniejszych ludzi we wszechświecie. Jest strażnikiem Posępnego Czerepu. W wolnych od heroicznych obowiązków chwilach odwiedza Naszą klasę.
Bobek: Niesforny mieszkaniec Doliny Muminków. Zawsze pojawia się tam, gdzie jest najmniej potrzebny. Wścibski i upierdliwy. Ten mały psotnik na chwilę obecną ma już 910 znajomych.
Pszczółka Maja: Któż nie słyszał o tej dzielnej, małej istotce, niepozornie fruwającej w rytm piosenki śpiewanej przez Wodeckiego? No oczywiście, że nikt. Rekordzistka - 3163 kontakty. Świadczy to jedynie o niesłabnącej z naszej strony miłości do niej.
Gizmo Gremlin: Tego stworka natomiast darzę ogromnym szacunkiem. Nie dość, że facet ma świetne poczucie humoru, to w dodatku pamięta, że wieczorem nie ma co się opychać jedzeniem. W przeciwnym wypadku grozi to mutacjami fizycznymi oraz psychozą maniakalną.
Claire Bennet: Słynna czirliderka o mocy regeneracji. Co tu dużo mówić? Dziewczyna ze snów. Jest piękna, mądra i utalentowana. Aż dziw bierze, że przyjęła mnie do grona swoich internetowych przyjaciół.
Buka: ... z nią sprawa przedstawia się nieco bardziej skomplikowanie. Mimo moich usilnych starań, wciąż nie mam jej w swojej liście znajomych. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się skruszyć lody - dosłownie i w przenośni.
Na dzisiaj to już tyle. Do zobaczenia w następnym, niezwykle inspirującym i fascynującym felietonie.
Majter

No tak... Raz w roku przychodzi taki dzień kiedy część mojej natury odpowiedzialna za całą tą ignorancję i chamstwo, którego mogliście uświadczyć na blogu wymięka całkowicie i czeka do chwili wybicia godziny dwunastej w noc sylwestrową. Boże Narodzenie jest moim ulubionym świętem, a co najdziwniejsze wielu ateistów i osobników będących na bakier z Kościołem niestrudzenie wyczekuje 24 grudnia jakoś dziwnie podekscytowana i napełniona duchem optymizmu mimo, iż sama geneza tego dnia stanowi dla nich rzecz równoważną ze zjedzoną przed chwilą kanapką z pasztetem. Gdzie zatem leży tajemnica Bożego Narodzenia? Czyżby kluczem do rozwikłania zagadki tego niepowtarzalnego klimatu był puszczany już dziesiąty raz na antenie telewizji Kevin sam w domu? A może to napotykane co krok lampki oraz ozdoby świąteczne rozczulają nas do tego stopnia, iż nie myślimy już o niczym innym jak tylko o uśmiechu drugiej osoby i możliwości spędzenia nadchodzących chwil w gronie rodziny? O dziwo coś w tym jest. Tradycja polska nie ma się czego wstydzić w starciu z wytworami amerykańskich mediów, ale część prawdy leży we stwierdzeniu, że kochamy podejście naszych zachodnich sąsiadów do kwestii Świąt. Mamy oczywiście nasze piękne kolędy, dwanaście potraw, sianko pod stołem i Gwiazdora, ale czy na myśl o tym dniu nie widzimy oczami wyobraźni reklamy Coca-Coli?
Od siebie muszę natomiast dodać, iż uwielbiam piosenki Franka Sinatry - White Christmas i Let it Snow. Od kiedy żelazna kurtyna przestała istnieć dzieciom należącym do mojego pokolenia ukazała się zupełnie inna wizja świąt. Do dziś wspominam z sentymentem lecące na niemieckim kanale reklamy z udziałem Mikołaja oraz telewizyjne premiery familijnych filmów, których akcja działa się zazwyczaj w zaśnieżonym NYC. Przypływające z zagranicy bożonarodzeniowe trendy połączyły się z rodzimymi. Nasi rodzice w swojej pamięci noszą obraz ozdobionej owocami choinki, zapach pieczonych ciastek oraz spotkania w dużym gronie rodzinnym, elementy obecnie zanikające i tak różne od tego co znamy dzisiaj.
Dochodzimy więc do nieuniknionej konkluzji. Przerośnięta amerykanizacja naszego najważniejszego w kraju święta bardzo często pojawia się jako jeden z głównych problemów w ocenie współczesności. Obawa przed zanikiem narodowych wartości jest w jakiś sposób uzasadniona, ponieważ serwowane nam przez jankesów elementy budzą ogromne emocje i czynią Boże Narodzenie znacznie bardziej atrakcyjnym. Ja jednak skłoniłbym się ku tezie o naturalnym, nieinwazyjnym łączeniu się tradycji obu kultur.
W ostateczności stanowią one dla mnie jedynie otoczkę emocji oraz dobrych rzeczy kojarzących mi się z grudniowym dniem dobroci. Myślę w tym momencie o udanych próbach mojej mamy w zapewnieniu mi i rodzeństwu udanych, pełnych szczęścia godzin. Kasa nigdy się u nas nie przelewała, lecz nie pamiętam, aby kiedykolwiek zabrakło u nas prezentów, nawet tych skromnych, choinki czy wigilijnych potraw. Trzeba zaś przyznać, że uśmiechnięty w telewizorze Kevin czy też Alf rozdający chorym dzieciom podarki skutecznie odwracali uwagę od tych problemów.
Majter

Długo czekałem na taką chwilę kiedy będę mógł udowodnić sobie, iż rzucenie papierosów było naprawdę dobrym pomysłem. Szukałem okazji, aby pozytywnie spożytkować pieniądze, które jeszcze 8 tygodni temu wydałbym na szlugi. Dlatego też zaraz po otrzymaniu stypendium ruszyłem nadrabiać zaległości komiksowe. Tak się bowiem złożyło, że w Taniej Książce odbyła się wyprzedaż. Ceny były naprawdę śmieszne w porównaniu do tych oryginalnych. Najdroższe wydawnictwo kosztowało mnie jedynie 5 zł, dlatego też postanowiłem zaszaleć. W mojej kolekcji znalazły się takie pozycje jak Transmetropolitan #2, 100 naboi, Mroczne dni czy też Hitman.
W ten oto sposób prezentuje się 10 paczek papierosów(!!!) marki Viceroy według serwisu Kupujemy.pl w papierowej postaci. Muszę przyznać, że informacja ta automatycznie rozwiała moje wyrzuty sumienia. Wydać 55 zł na same komiksy? To i tak lepszy zakup, aniżeli zmarnowane zdrowie i krótkoterminowa przyjemność ukryta w bibułce zwiniętej wokół śmierdzących, wysuszonych paproci . Doszedłem również do wniosku, że w samą porę wyrwałem się z nikotynowego nałogu. Według Money.pl palaczy czekają od nowego roku bardzo nieprzyjemne chwile. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce stopniowo zaczną drożeć papierosy - pisze "Rzeczpospolita". Do końca 2008 roku ich cena powinna wzrosnąć o jedną czwartą. Trwa wojna cenowa producentów papierosów. W efekcie spadają ich ceny i związane z nimi wpływy z akcyzy. Tylko w ubiegłym roku przeciętna cena paczki spadła o 1 złoty - podaje dziennik. Tymczasem Polska do 2009 roku musi podnieść akcyzę od wyrobów tytoniowych, by wypełnić zobowiązania wobec Brukseli. Stawka podatku musi się zwiększyć do 64 euro od tysiąca papierosów z obecnych około 42 euro. Gdyby przepisy o akcyzie nie zmieniły się, prawdopodobnie w ostatnich dniach grudnia 2008 roku palacze przeżyliby szok - z dnia na dzień ich nałóg kosztowałby o około 25 procent więcej. Producenci wyrobów tytoniowych i Ministerstwo Finansów chcą jednak zmienić sposób naliczania akcyzy tak, by nie trzeba było przeprowadzać gwałtownych podwyżek. (IAR) Tak więc Kochani Palacze macie jeszcze czas na nawrócenie. Ja tymczasem zabieram się za lekturę świetnych tytułów.
Majter

Jadwiga jest pochodzącą z alternatywnej przyszłości córką mojego kumpla. To efekt jego marnych działań pedagogicznych, przepełnionych pijackimi wojnami z konkubiną i cechujących się zbyt dużym stężeniem słowa "kurwa" w powietrzu. Wychował sobie istotę o nieposkromionej żądzy seksu, wyładowywanej za pośrednictwem ciemnych typków rezydujących na terenie posesji sklepów monopolowych, grzebiących w śmieciach meneli i prawiczkowatych nauczycieli języka polskiego. Jej poranne zakupy to pół chleba i paczka mocnych. Należy przy okazji dodać, iż swojego pierwszego papierosa zapaliła na pierwszej komunii. Nigdy jednak by do tego nie doszło gdyby była w tamtej chwili trzeźwa. Tatusia kocha ponad wszystko. Pewnie dlatego, że matki nigdy nie znała... podobnie zresztą jak ojciec. Jej chłopak ma 57 lat i ma na imię Herman. Rodzicielowi to nie przeszkadza. Są najlepszymi kumplami, a ten pierwszy zawsze był mile widziany w domu podczas imprez zakrapianych wódką. Przed każdą wizytą Jadzia przynosiła pół litra ze sklepu, a w międzyczasie konkubina robiła bigos... Ale o co się rozchodzi? W końcu żyjemy w czasach wyzwolonych. Kobieta może robić to na co ma żywną ochotę. No ok... ale Jadwiga ma dopiero 11 lat :D
Majter

Wczoraj miałem bardzo ciężki dzień. Długa przerwa w śpiewaniu dała o sobie znać już na pierwszej próbie z nowym zespołem. Zdarte gardło, wyczerpanie i zawroty głowy... do domu wróciłem przymulony na maksa. W tamtym momencie potrzebowałem jedynie leczniczej ciszy i spokoju. Kawki z jogurtową bułką i niezobowiązującej rozmowy na gg z moimi najlepszymi przyjaciółkami. Panny KM i KS - bo o nich mowa - są od siebie różne jak krople wina i piwa. Łączy je szczera, niemal serialowa przyjaźń, lecz w podejściu do życia i pod kątem temperamentu mogłyby być równie dobrze wobec siebie antagonistkami. Co je do siebie ciągnie? Same pewnie tego nie wiedzą. Dobrze jednak, że są. Takie, a nie inne. W przeciwnym razie zewsząd wiałoby straszną nuuuuudą! Ja zaś jestem cholernie dziecinny. Lubię poruszać abstrakcyjne, nieżyciowe kwestie. Zadawać pytania typu "co by było gdyby", sięgając w tym czasie po tematy paranormalne, filmowe, komiksowe i komediowe. Uciekam od rzeczywistości najszybciej jak tylko mogę i o dziwo... nie odstrasza to w rozmowie bohaterek mojej najnowszej notki.
Superbohaterski test psychologiczny
Wieczorne dywagacje rozpoczęły się niepozornie. Zapytałem obie Panie co myślą na temat ewolucji ludzkiego gatunku. Czy posiadamy ukryte zdolności, które należałoby jakoś uaktywnić, rozwinąć. W odpowiedzi otrzymałem bardzo ciekawe przemyślenia:
KS: Każdy z nas ma jakiś dar. Tylko z czasem jak dorastamy one zanikają (...) i przestajemy zauważać pewne rzeczy, a zdolność spostrzegania i korzystania z nich mają tylko dzieci. (...) Najważniejszy jest dar miłości i kochania.
KM: Wiesz co.. bo ja mam jeden dar... przeczuć. (...) Czasem jestem czegoś tak pewna- i ZAWSZE się sprawdza. Opinie dość dyplomatyczne. Każda bowiem niesie ze sobą przesłanie o nieograniczonych możliwościach homo sapiens. Zza horyzontu tych wynurzeń maluje się dla nas niemal świetlana przyszłość! Jednak im dalej w las tym... więcej rosy. Jedno pytanie wystarczyło, aby przypisać dziewczynom odrębny rys psychologiczny, wyróżnić zmienne w ich postrzeganiu rzeczywistości i dojść do jasnego wniosku: ONE SĄ JAK OGIEŃ I WODA! W jednym przypadku mamy nawet surową ocenę motywów osoby, która byłaby wyraźnym przykładem Człowieka Jutra.
?: Gdyby Twój ukochany znikał po nocach lub w jakichś wyjątkowo dziwnych okolicznościach, czy uwierzyłabyś mu gdyby powiedział, że powodem tego jest jego superbohaterska kariera?
KM: Nie. Pomyślałabym: "Co za fiut, zdradza mnie". No cóż...
KS: Musiałby mi pokazać, że jest superbohaterem... bo tak to nie. Ma się rozumieć! ?: Czy nie bałabyś się o niego? Wytrzymałabyś w takim związku?
KM: (...) by mi latał z innymi dziewuchami.. a takie to od razu nóżki rozkładają jak się je ratuje, a ten cały superbohater jak każdy facet pewnie by chciał coś w zamian...
KS: Trochę bym się bała... ale gdyby było fajnie to czemu nie?
W dalszej części wypowiedzi KS dała mi do zrozumienia, że bycie w związku z nadczłowiekiem ma też nieopisane walory "romantyczne", takie jak spotkania na chmurce lub statule wolności. KM zaś wykazuje się większą powściągliwością wobec swojego ukochanego. W końcu kto powiedział, że musi on od razu być chodzącym ideałem bez skaz? Bez względu na to, czy ma on moce czy też nie - zdaniem naszej bohaterki trzeba mieć go na oku. Bywa też i tak, że niepowodzenia w relacjach kobieta - heros nierzadko mogą skończyć się tragicznie dla tego drugiego.
Najpierw bym go w sobie rozkochała... potem zostawiła... i by cierpiał.
Zupełnie inną taktykę przejmuje KS, która w celu umocnienia swoich uczuć przywdziałaby kostium i pomagała mu zwalczać przestępczość. Zapytana o wyjaśnienie takiego postępowania odpowiada:
Taka już jestem...
Jeżeli uważasz Drogi Czytelniku, iż za słowami KM stoi ostry radykalizm... mylisz się. Broni się ona silnym i solidnym argumentem (nie pozostawiającym cienia wątpliwości co do posiadania przez Nią dobrego serca):
Nie no... ja bym tak nie zrobiła :)
Wnioski
Ten psychologiczny test ukazuje nam dwie kobiety. Twardą realistkę i szaloną marzycielkę. Na podstawie moich obserwacji w realu stwierdzam, iż obie Panie mogą pochwalić się właśnie tymi samymi fragmentami ich układanki charakterów. Jednak w tej konkretnej sytuacji, podczas hipotetycznych zmagań ze swoim przyjacielem w rajtuzach przejawiają bardzo wyraziste cechy. KM lubi planować i myśleć przyszłościowo, zaś KS żyje chwilą upajając się uczuciami. Teraz wybór należy do Ciebie superczłowieku. Którą drogę wybierasz?
Majter

Chyba nie jest ze mną za dobrze, bo od dłuższego czasu zbyt dużo rozmyślam o przemijaniu, egzystencji, śmierci i innych arcyciekawych kwestiach, których by się nie powstydził żaden szanowany emo dzieciak. Kiedy tak patrzę na mojego brata zastanawiam się jak musi się czuć mając świadomość tego, iż za 15 lat skończy czterdziestkę. Jeżeli będziemy w ten sposób rozumować, to możemy dojść do naprawdę niesympatycznych wniosków. Ja sam mając te swoje 22 mam wrażenie, że jakoś dziwnie szybko zleciał ten czas. Gdzie wcięło będące jeszcze niedawno teraźniejszością ostatnie dni? Przecież w trakcie tego okresu nie zrobiłem rzeczy z których mógłbym być jakoś specjalnie dumny. Nie osiągnąłem aż tak wiele, zaś marzenia z młodości... kariera muzyka, archeologa, plastyka spełzły na niczym. Nastroju nie poprawił mi napotkany ostatnio licznik życia. Według niego udało mi się dotrwać do 8461 doby istnienia. Malutko w konfrontacji z mikroskopijnymi liczbami, drobnymi wydarzeniami cyklicznie powtarzającymi się na naszych oczach. W ten oto sposób przeżyłem jak dotąd tylko 22 Boże Narodzenia, 22 Sylwestry, 22 wiosny, 22 zimy. 13 razy rozpoczynałem rok szkolny i byłem tylko na 7 urodzinach moich najlepszych przyjaciół. Najlepszym sposobem, aby o tym wszystkim zapomnieć jest rzucenie się w wir pracy, nauki i przyjemności. Całkowity hedonizm? To chyba nie dla mnie, bo zawsze w tej bezsensownej i niemal zwierzęcej egzystencji, którą razem dzielimy na ziemskim padole staram się doszukać pierwiastka duchowego, napełniającego tą materię czymś istotnym i... godnym.
Majter

Ja tylko na chwilę, bo już ubrałem pidżamę i umyłem zęby przed spaniem. Chciałbym oświadczyć, iż bardzo ciesze się z wyników wyborów. Co prawda moje uświadomienie o politycznych losach Polski do dnia dzisiejszego spoczywało sobie w komorze stazy, ale nawet taki ignorant jak ja jest w stanie dostrzec, tudzież wyczuć kto tak naprawdę powinien wypaść z gry. Wiem, że nie było to sformułowanie godne politologa. Piszę w sposób jaki to czuję. Nawet taki prosty człowiek jak ja ma do tego prawo. Nie mam też zamiaru zasypywać osób czytających ten tekst kolejnymi teoriami, prognozami i statystykami. Uwierzcie mi, za jakiś czas będziecie mięli ich po wyżej uszu. Dzisiejszy wieczór bogaty był w atrakcje. Najpierw długa cisza wyborcza, stres i napięcie. Po raz pierwszy w życiu wybory nie były mi kompletnie obojętne. Najbardziej w zdumienie zaś wprowadziła mnie reakcja naszych rodaków. Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że słynna solidarność z której ponoć słyniemy odpłynęła do krainy wiecznych legend i można o niej jedynie wspominać odnosząc się do dawnych dziejów. A tu ZONK! Wzięliśmy się w garść i pokazaliśmy kaczkom kto tu rządzi. Nasz kochany kaczorek nie mógł oczywiście podarować sobie kilku zawistnych słów skierowanych w stronę PO. Z jego wypowiedzi jasno wynikało, że za słabszymi wynikami stoi kolejna sieć konspiracji, błędy kampanii oraz typowa, ludzka omylność... Niewątpliwym plusem obecnej sytuacji będzie to, że nie będę już musiał słuchać podobnego steku bzdur (przynajmniej nie w takiej jak dotychczas częstotliwości). Kolejna niespodzianka wieczoru! Możemy pożegnać się z LPR i Samoobroną! Ja chyba śnię! A skoro już o tym mowa to idę spać. Na koniec mam dla Was kochani czytelnicy patetyczną puentę (i w dodatku cholernie oryginalną o czym zaraz sami się przekonacie!). Mam nadzieję, że jutro obudzę się w lepszej Polsce. Dobranoc! ((w tle słychać oklaski))
Majter

Co było pierwsze? Fajka czy piwo? Tym oto naukowym, wyraźnie (tak przynajmniej mi się wydaje) zahaczającym o kwestie ewolucyjne tonem rozpoczynam mój wywód. Zapewniam też, że dalsza część tekstu pozbawiona będzie jakiejkolwiek warstwy intelektualnej. Zawieje oczywiście typowym u mnie dydaktyzmem, ale na to już niestety nie mam wpływu. Witajcie w świecie głupoty... Ona bowiem jest żródłem problemu o którym mowa. Nałóg nikotynowy. Pamiętam jak dziś swojego pierwszego papierosa i uczucia towarzyszące temu występkowi. Ekscytacja, coś nowego, zakazanego. Najczęściej zaczynamy palić jako nastoletnie dzieci, a powody temu towarzyszące są różnorakie. Należą do nich nuda,
- Rychu, cho no! Zapalimy za szkołą kur*a!
- Ty, jeszcze piwko se jebniemy nie?
- No.
chęć zaszpanowania przed kolegami,
- Krystian! Palisz szlugi? - zawołał Rychu.
- Eee... no jakoś tak nie bardzo - odpowiedział speszony chłopiec.
- A chcesz?
- Eee... no kurcze, wiesz... - zawahał się nasz ciapowaty bohater.
- No nie bądź pizda! Słowa te zadziałały jak zaklęcie. Krystian wziął do ręki papierosa i zaciągnął sie robiąc przy tym skwaszoną minę.
bunt oraz pragnienie indywidualizmu. No bo nikt nie da mi wmówić, że spodobały mu się walory smakowe i to one czynią jego uzależnienie rzeczą wartą utraty zdrowia (chociaż zdarza się i tak o czym napiszę za chwilę). Podane wyżej sytuacje, są oczywiście przesadzone i pasują bardziej do jakiegoś patologicznego, tudzież dresiarskiego światka, w którym wiek bohaterów oscylujące gdzieś pomiędzy 12-14 rokiem życia. Niestety motywy kierujące nami, są niezmienne co czyni sytuację jeszcze bardziej komiczną gdy uzmysłowimy sobie jak destrukcyjna jest nasza natura. Bardzo łatwo jest ocenić to co mną kieruje kiedy stanie się z boku. W momencie jarania rzadko jednak towarzyszą mi podobne myśli. Dlatego jeszcze rzadziej rozważam kwestię rzucenia świństwa. Przez ostatnie dni staram się jednak od niego oderwać i z bólem muszę przyznać, iż jest to zadanie cięższe niż mógłbym pomyśleć. Podczas moich kilkutygodniowych zmagań wymyśliłem nawet kilka technik to ułatwiających. Ich skuteczność jest jak wynika z tekstu niska, być może osoba to czytająca będzie umiała wykorzystać je w bardziej wydajny sposób.
ZATRUCIE
Metoda stara jak świat. Idziesz na imprezę, do klubu, tudzież otwierasz domowy barek z alkoholem. Wlewasz w siebie tyle, że odczuwasz stan zwany pizdą i idziesz spać. Skoro jesteś palaczem to na pewno nie zapomnisz o tym, aby palić w tym czasie.
BIEDA
Kieszeń pusta. Nie ma za co kupić paczki petów. A ile można opalać znajomych, prawda? Skutek - pożądany, gdyż nieubłagany świat materializmu zafundował Ci darmową kurację.
W PARY
Dobierasz sobie koleżankę, kolegę żyjącą w nałogu. Zatruwasz jej umysł pogadanką o negatywnym działaniu nikotyny, po czym dodajesz jak to ciężko z pieniążkami. Twoja paląca połówka dochodzi oczywiście do podobnych wniosków dzięki czemu rzucacie razem. Polecam tą technikę szczególnie ze względu na możliwość wzajemnego się kontrolowania.
Palenie ma oczywiście swoje plusy. O wiele lepiej smakuje z papierosami piwo, a i najebać można się szybciej. Nie sądzę, aby kompensowało to straty zdrowotne i finansowe, lecz muszę się jakoś pocieszać. Kiedyś pewnie osiągnę swój cel i definitywnie zamknę temat szlugów. Do tego czasu trzymajcie za mnie kciuki i pamiętajcie:

Jezuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu!!!! Nie mogę uwierzyć, że to prawda! Przez całe życie wierzyłem, że gdzieś daleko w gwiazdach znajduje się inna wysoko rozwinięta cywilizacja pozaziemska. Istoty rozumne, które podobnie jak my spoglądają w ciemne niebo zadając sobie pytanie "CZY W CAŁEJ OTCHŁANI KOSMOSMU JESTEŚMY SAMI?". Jako dzieciak sporo się naczytałem o szarakach, ufo z Roswell czy też porwaniach i testach na ludziach. Poruszało to moją wyobraźnię i kiełkowało pod sklepieniem czaszki pytania bez odpowiedzi. Teraz WIEM, że wszystko to nie jest jedynie fikcją literacką i filmową! Nareszcie mam niezbity dowód na istnienie naszych międzygalaktycznych braci!!!! Czy jesteście gotowi?
Przebieg wydarzeń
Godzina 12:15. Przed pojawieniem się zjawiska na niebie, absolutnie NIC nie zwiastowało nadchodzącej kosmicznej ciekawostki. Niebo było czyste i bezchmurne, dzień zaś upalny i słoneczny. Godzina 12:20. W tle osiedlowego gwaru dało się usłyszeć dziwne buczenie, niepodobne w swej akustycznej charakterystyce do żadnego ziemskiego urządzenia. Godzina 12:25. Usłyszałem krzyk mamy z kuchni! Natychmiast pobiegłem, aby sprawdzić co wzbudziło u niej taki entuzjazm a zarazem przerażenie! Moim oczom ukazało się ufo w najczystszej postaci! Białe i świecące. Obiekt powoli sunął po przestworzach. Natychmiast więc wykorzystałem okazję i pobiegłem po aparat. Zanim statek schował się za pobliskim wieżowcem, zdołałem zrobić dwa bardzo dobre zdjęcia. Conajmniej ciekawe jest jednak to, że kiedy uruchomiłem opcję nagrywania filmiku urządzenie przestało działać. Uważam, iż było to nierozerwalnie powiązane z neutralizującym wpływem obcej technologii na nasze systemy elektroniczne.
Zagadka
Dlaczego ufo pojawiło się akurat nad moim miastem? Co oznaczają dziwne symbole na powierzchni statku? Czy jest to jakieś przesłanie? A może nad Ziemią wisi apokaliptyczne zagrożenie, któremu kosmici chcą zapobiec? Tak wiele pytań rysuje się przed nami. Ziemianie! Zjednoczmy się w celu rozwiązania tej tajemnicy! Od dziś wszystko się zmienia. Panie i Panowie! Wierze, że to początek Gwiezdnej Ery!
Majter

Od pewnego czasu dało się u mnie zauważyć typowy brak weny twórczej. Blog świecił pustkami, ja zaś w wolnych chwilach pragnąłem otworzyć umysł na nowe prądy myślowe, zahaczając w skasowanych już notkach o kwestie toalet, magicznych symboli zamkniętych w konstrukcji schodów muzealnych jak i jeszcze kilku innych nie wartych odnotowania uwag. Cierpliwie czekałem, aż temat przyjdzie sam. Mówi się, że życie potrafi napisać najlepszą historię. Jednak cena, którą poniosłem by wstawić tutaj dobrą notkę była raczej zbyt wygórowana (z pewnością najbardziej dla mojej kieszeni). Tak się bowiem stało, iż podczas zakupu napoju brzoskwiniowego w jednym ze sklepów sieci Lidl, zgubiłem tak skrzętnie pilnowane przeze mnie dotychczas dokumenty m.in. legitymację studencką. Fala nieszczęść następujących po tym wydarzeniu była dla mnie niezwykle kłopotliwa. Ze stratą na przykład takiej sieciówki wiązały się zwiększone koszta transportu mojego tyłka komunikacją miejską. Przepadły mi również godziny pracy, które musiałem przeznaczyć na załatwianie duplikatu potwierdzającego moją studencką egzystencję. Właśnie w trakcie wypełniania tej formalności spotkała mnie dość specyficzna sytuacja, a to dlatego, iż zainicjowana przez babcię menelkę...
AKT PIERWSZY - MOJA UCZELNIA
Zanim rozpocząłem nauki na wydziale historii uniwersytetu ***, moje wyobrażenie o tym miejscu wyglądało zupełnie inaczej. Widziałem je jako zabytkową kamienicę, pałacyk, tudzież opuszczony budynek należący niegdyś do liceum z tradycjami. Wokół roztaczał się zaś park, wewnątrz którego stałyby dumnie pomniki zacnych obywateli naszego miasta, fundatorów, burmistrzów, postaci wyróżniających się na przestrzeni dziejów. W moim projekcie z dojściem do centrum miasta, gdzie najwięcej powinno się kręcić żaków, nie byłoby absolutnie żadnego problemu. Nieopodal jakiś bar lub klub dopełniałby obraz idealnego środowiska uczelnianego. Powiedzieć, że rzeczywistość okazała się bardziej brutalna to za mało. Zacznijmy od tego, że omawiany obiekt znajduje się na totalnym zadupiu. Wokół roztaczają się widoki typu: tory kolejowe, fabryki, izba wytrzeźwień, sklep monopolowy (swoją drogą bliżej do niego z przystanku aniżeli na uczelnię). Kiedy zaś pierwszy raz pojawiłem się na wydziale, moim oczom ukazał się szary biurowiec, przypominający swoim stylem budynek OHPu. Po prostu nic szczególnego. Bida. Kawałek za uczelnią, wzdłuż ulicy znajdują się baraki dla bezdomnych, biedoty, recydywy i menelstwa. W godzinach nocnych mundurowi się tam raczej nie zapuszczają. Nie raz można spotkać w autobusie jednego z przedstawicieli tamtejszej żulowskiej komuny. Odznaczają się oni specyficzną wonią taniego wina i palonych przez pięciu różnych ludzi kipów. Ci bardziej trzeźwi to zazwyczaj pochodzące z kazirodczych związków prostactwo (tak przynajmniej wyglądają), niezbyt obyte w słowie i czynie, głośne i pozbawione wiedzy o higienie osobistej. Panny kurewki również się do nich zaliczają. I w takim krajobrazie przyszło studentom z *********y poznawać tajniki wiedzy historycznej. Dlaczego o tym wspominam? Zaraz wszystko stanie się jasne.
AKT DRUGI - "POOOMÓŻCIE MI KOCHAAAANI PANOOOOWIE"
Mam nadzieję, że po dokonaniu tak szczegółowej charakterystyki mojego wydziału nie zdziwi nikogo fakt, jak niechętnie wracałem do tego miejsca. Zmusiły mnie do tego okoliczności opisane wyżej. Również dziekanat nie kojarzy mi się zbyt miło. Pojawiam się tam tak rzadko jak tylko mogę. Panie tam się znajdujące, są raczej średnio użyteczne. Momentami sprawiają wrażenie mocno podminowanych naszą obecnością. Zauważyłem, że przejęły one pewien policyjny patent, "dobry i zły glina". Jak nie trudno się domyślić - jedna babka ma tendencje do sporadycznego uśmiechania się (aby za chwilę kogoś zjechać), druga zaś to typowa suka. Nic dodać, nic ująć. Legitymacja oczywiście nie była gotowa, mimo iż "zamówiłem" ją z dwudniowym wyprzedzeniem. Błąd ten natychmiast poprawiono, tekturowy świstek uzupełniono i wydano. Natomiast kolega mi towarzyszący złożył indeks i mogliśmy wreszcie jechać do Pracy. Na zewnątrz panował ostry skwar. Głodny i atakowany promieniami słońca nie byłem przygotowany na to co zaraz nastąpi. Ze strony przystanku dobiegło nas donośne błaganie o pomoc: - Paaanowieee kochaaaani! Maaam do waaaas wielkąąąą prośbęęęe! Błagaaaam! Pomóżcie mi - zawołała stara kobiecina na wóźku inwalidzkim, z petem w gębie i psem przywiązanym do uchwytu jej pojazdu. - Ale w jaki sposób mamy pomóc? - Błaaagam panóóóów - zawodzeniu nie było końca. Wkońcu po minucie jęków uzyskaliśmy od babci podstawową informację o intencji jej żali - Zawieeeźcie mnie do doooomu! Proooszęęę! Jaaa już nie maaaam sił, błaaagam waaas panowieeeee! Pierwsza myśl "cholera! to nieco komplikuje sytuację". - Bardzo chętnie byśmy pomogli, ale zaraz mamy autobus... no i spieszymy się do pracy - odparłem. Była to wymówka znakomita i w dodatku prawdziwa. Nic tym jednak nie wskóraliśmy. - Ale paaanowieee ja was błaaaagam! Pomóóóóżcie. Sprawa przedstawiała się naprawdę poważnie. Stara z kolei wyglądała bardzo wiarygodnie. Poza tym w pobliżu nie było zupełnie nikogo, kto mógłby przejąć na siebie to odpowiedzialne zadanie. Serce podpowiadało, że trzeba coś zrobić. - A gdzie pani mieszka? - zapytałem. - 5 minuteeeek drogiii to jeeest, napraaawdę! Możeee mniejjjj, tam z tyłuuuuu w barakaaaaach mieszkaaaaaam. "5 minut? To niewiele, chociaż z drugiej strony zaraz może podjechać autobus...". Kumpel podskoczył na przystanek, aby sprawdzić rozkład jazdy. Ja w tym czasie rozmyślałem jak dyskretnie się ulotnić. Z drugiej strony targały mną silne wyrzuty sumienia. - Za 20 minut - poinformował M****ł. - No nic... to jedziemy! - złapałem wózek i zacząłem pchać. Kiedy mijaliśmy uczelnie w jednym z okien pojawiły się dwie babki: - Ta pani już dojedzie sobie sama - wymamrotały. Przystanęliśmy na chwilę zastanawiając się nad sensem tej uwagi, a że nie otrzymaliśmy żadnych dodatkowych informacji postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Babcia tymczasem ujawniła swój prawdziwy temperament. Odwiązała psa i rozkazała chrapliwym skrzekiem: - Celina! Na chodnik! Idź z boku! Pies natychmiast wykonał polecenie. Babina zaś zaczęła dokazywać: - Wolnieeeej! Wolnieeeej! Bo mi wózek rozwalisz!!!! - No niestety, spieszy mi się! - Ceeelina!!! Kur*a! Na chodnik! O, nieeech pan zobaczy jak ładnie idzie! Kur*waaaa! Celina na bok. A że pies był niegrzeczny, to za karę wplątał mu się w ogon jakiś badziew (chyba gałązka). Babcia nie mogąc tego przeżyć zawołała do mojego kompana: - Nieeech pan jeeeej to wyjmieeee! Błaaaagam! Nieeech pan jeeeeeej to wyjmieeee!!! Kolega z grzeczności uczynił jak prosiła. Powoli jednak sytuacja stawała się patowa. Czas zdawał się wydłużać do nieskończoności, a kobieta wciąż marudziła i prosiła o mniejszą prędkość. Za chwilę zaczęły doskwierać jej turbulencje, na które nie mogłem zupełnie nic poradzić, ponieważ cała droga była rozpierdolona. Po paru chwilach wreszcie dostrzegliśmy upragnione baraki. Wcześniej już zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że coś tutaj śmierdzi ściemą. Nie bez powodu bowiem odzywały się niewiasty z okna. Głupio było jednak zostawić staruchę na środku jezdni. Podjechaliśmy pod jej barak, a konkretniej schody prowadzące do środka. W tle rozbrzmiewały pijackie przyśpiewki, zaś z klatki schodowej wyłaniał się widok totalnego chołoctwa i syfu. Ciemny, niemal piwniczny korytarz z ledwo świecącymi się lampami. I w tej oto chwili wydarzył się cud! Babcia wstała o własnych siłach z wózka. Mi zaś nic nie robiło już różnicy... i wniosłem dwukołowca po schodach. Koledze zaś przypadło w zaszczycie trzymanie ważącej tonę reklamówki. Babka grzecznie podziękowała, my zaś udaliśmy się do punktu docelowego w nadziei, że nikt nas nie okradnie, tudzież nie pobije. Zaraz po wejściu do autobusu zaczęliśmy wymieniać się uwagami na temat tego, co przed chwilą zaszło. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że babina symulowała przez cały czas wykorzystując naszą... hmm... dobroć? Usłyszała to pani siedząca nieopodal: - Daliście się nabrać?? - zapytała z uśmiechem na twarzy. Po czym oznajmiła, że mieszka nieopodal i zna starą z takich właśnie wyczynów. Jedynym pocieszeniem był fakt, iż zrobiliśmy po drodze kilka fajnych zdjęć, z których śmialiśmy się całą drogę.
Jak można podsumować to zdarzenie? Czy jestem frajerem? Zdecydowanie TAK! Ale przynajmniej zrobiłem dobry uczynek. Limit w tym roku się wyczerpał. Nasuwa się jednak myśl, czy zrobienie czegoś dobrego dla innych musi się w obecnych czasach kończyć poczuciem totalnego wychuj*ania? Czy na każdym kroku zmuszeni jesteśmy uważać na to, czy osoba pragnąca udzielenia jej pomocy nie jest przypadkiem kolejnym naciągaczem? Przecież nie raz zdarzyło mi się otwierać drzwi ludziom bezdomnym, rzekomo nie posiadającym środków do życia, kalekim, którzy finalnie okazywali się kłamcami żebrzącymi tak naprawdę na chlanie. Nic nie przebije kolesia podającego się za głuchego (w wejściu do drzwi pokazywał karteczkę zawierającą dokładny opis jego sytuacji zdrowotnej i finansowej), aby godzinę później spotkać go rozmawiającego ze swoim znajomym jakby nigdy nic. Pozostawiam Ciebie drogi czytelniku z tymi oto pytaniami. Sam nie znam na nie odpowiedzi. Jakiekolwiek przemyślenia będące następstwem moich doświadczeń z ludźmi takiego pokroju, nasuwają mi sceptyczne wnioski odnośnie człowieczeństwa. I pamiętaj - nie daj się zrobić w balona! Pozdrawiam serdecznie wszystkich ludzi dobrej woli!
Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)