SERIAL HEROES - DALIŚMY PLAMĘ?


Link 11.06.2007 :: 16:48 Komentuj (2)

Kilka tygodni temu nasza kochana TVP rozpoczęła emisję popularnego za granicą cyklu Heroes. O ile zachodni widzowie przyjęli serial z ogromnym entuzjazmem (premierowy odcinek zgromadził przed małymi ekranami 15 mln) tak polskie realia nie okazały się zbyt życzliwe dla nowego cyklu. Nic dziwnego. Należy bowiem pamiętać, iż cierpliwość nie należy do głównych cech internatów. Ci - w chwili wystartowania serii w polskiej telewizji - dawno już zaopatrzyli się w cały sezon. Pojawiają się też spekulacje, jakoby przyczyną takiego stanu rzeczy miała być kiepska kampania reklamowa. Szczerze powiedziawszy nie przypominam sobie, aby kochany u nas przez wszystkich Lost mógł pochwalić się lepszą promocją. Nawet premiera wyświetlanego ostatnio 4400 poprzedzona została większą ilością filmików i zwiastunów. Załóżmy jednak, że mam poważne problemy z pamięcią. Nie od dziś wiadomo jaki stosunek do opowieści komiksowych mają nasi rodacy. Najlepiej świadczy o tym niska frekwencja podczas wyświetlania ekranizacji wielkich trykociarzy. Poza tym przeciętny szary obywatel uważa opowieści obrazkowe za intelektualny bełkot, w dodatku szkodliwy i niczego nie uczący! Wara z tym od dzieci! A właśnie... nawet one dały przysłowiowego ciała nie zjawiając się w kinach. Zanim przystąpiłem do wstukania moich skromnych przemyśleń, postanowiłem poszperać trochę w sieci w poszukiwaniu ciekawych materiałów na temat serii. To na co natrafiłem można określić dobitnie w jeden sposób... wielkie NIC. Aż dziw bierze, że cieszący się tak wielką popularnością w internecie serial, może się pochwalić tylko kilkoma stronkami, opracowanymi w dodatku na odpieprz i posiadającymi jedynie dobrze rozwinięte sekcje newsów. Opisów postaci nie mógłbym pozostawić bez komentarza, gdyż fuszerka na którą pozwolili sobie webmasterzy woła o pomstę do nieba. Gdybym dogłębniej zbadał sprawę, z pewnością dotarłbym do źródła inspiracji autorów owych biosów - przetłumaczonych materiałów promocyjnych. Uwierzcie mi - może być gorzej. Niektórzy bowiem kopiują od swoich kolegów po fachu całe teksty, aby następnie wrzucić je na własne stronki. Wstydźcie się łebmasterzy!


Majter




JAMES SPADER W TRZECH ODSŁONACH SEKSUALNOŚCI


Link 11.06.2007 :: 21:42 Komentuj (1)

Seks! Jedna z ulubionych czynności człowieka. Niegdyś temat tabu, którego echo po cichu roznosiło się w zbiorowej świadomości ludzkiej. Dzisiaj - obiekt badań, dyskusji oraz celowej prowokacji. Kultowy już dziś serial "Seks w wielkim mieście" bardzo skutecznie przetarł wyraźną ścieżkę na tej estetycznej płaszczyźnie. Nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu pojawiają się mniej lub bardziej udane produkcje dotykające problematyki relacji międzyludzkich, a co za tym idzie... seksu. Nie trzeba też być wnikliwym obserwatorem kina, aby dostrzec jednostki bazujące na image seks bomby lub super maczo. Są też i tacy, którzy do tematu podchodzą jak najbardziej ambitnie. Nie wiem w stu procentach, czy tak jest i w przypadku Jamesa Spadera - bohatera mojego artykułu - ale coś musi być w tym, iż z pośród skromnego dorobku filmowego aktor ten może pochwalić się, aż trzema produkcjami erotyczno - psychologicznymi. Kto wie? Być może nie ma lepszych propozycji. Mniejsza o to. Ze swojego zadania wywiązuje się niemal wzorowo, ale od początku...


"Seks, kłamstwa i kasety video" był wielkim debiutem Stevena Soderbergh'a. Opowiadał on historię typowego amerykańskiego małżeństwa - Johna i Anny (Andie MacDowell) - które w tym wypadku przeżywało poważny kryzys. Meżczyzna wdaje się w romans z siostrą Ann - Cynthią. Tymczasem do miasta wraca przyjaciel Johna ze studiów - Graham (w tej roli Spader) - będący wraz z rozwojem fabuły coraz bardziej zainteresowany drugą połówką przyjaciela. Tak się jednak składa, iż Graham jest impotentem, zaś ujście swoich problemów znajduje w oglądaniu kaset zawierających intymne zwierzenia poznanych przez niego kobiet. Film obnaża pokręconą amerykańską mentalność oraz miesza w jednym kotle ciekawą zupę charakterów. Myślę, że jest to całkiem dobry początek na zainicjowanie przygody z tego typu kinem.


Następnym obrazem z udziałem Jamesa jest "Crash" Davida Cronenberga (ciekawa zbieżność nazwisk prawda?). Prezentuje w nim postać niezaspokojonego seksualnie człowieka - Jamesa Ballarda, producenta filmowego - który w maraźmie istnienia prawdopodobnie szuka sensu swojego "ja". Zabawne, iż z mojej strony jest to niemal wymuszona interpretacja. Bohater ten jest bowiem trudny do zaszufladkowania. Identyfikacja z postacią jest o tyle ciężka, iż nie wiadomo, czy należy mu współczuć, czy też brzydzić się jego seksualnymi doznaniami. Ucieka on bowiem w świat mechaniki, która stanowi nierozłączny element pobudzenia. Dziwna więź nawiązana między nim, a tajemniczą Helen po wypadku samochodowym, przeradza się w szokującą intensyfikacje ryzyka i podniecenia. Równie intrygującą osobą jest żona Ballarda, Catherine, podobnie jak mąż pozbawiona hamulców moralnych, śmiało korzystająca z uroków życia i ciągle stawiająca sobie nowe wyzwania erotyczne. I chyba w tym tkwi tragedia pary. Wzajemnie się zdradzają, wciąż będąc razem. Świadomie rozszerzają swój "dorobek" w naiwnym oczekiwaniu na jakiś znak, iż wreszcie się odnaleźli. Są po prostu samotni. W porównaniu do poprzedniego, powierzchownie zbliżonego tematyką filmu, otrzymujemy zupełnie inną wizję - mroczną, przygnębiającą, w jakiś sposób przerażającą. Historia nie pozostawia nam żadnej nadziei na normalność. I nie stanowi to też jej celu.


Ostatni obraz "Sekretarka" jest już nieco luźniejszą opowieścią. Utrzymana w ciepłym, lekko komediowym klimacie historia ukazuje nam pozornie typową relację szef <-> pracowniczka. Znajomość ta z biegiem czasu staje się sadomasochistycznym układem, przez cały film nabierającym tempa. Również tutaj główni bohaterowie są zagubionymi, samotnymi istotami. Nieśmiały prawnik i była pacjentka szpitala psychiatrycznego, Lee (Maggie Gylenhaal). Odtwórczyni tej roli należą się ogromne brawa z mojej strony. Dawno już nie widziałem na ekranie osoby tak zakompleksionej i złamanej. Oprócz typowego nieprzystosowania społecznego, Lee posiada pewien sekret. Kiedy nikt nie patrzy kaleczy swoje ciało. Dzięki nowej znajomości powraca ona na "właściwie" tory, odzyskuje pewność siebie, przechodząc jednak ciężką drogę ku zrozumieniu samej siebie. Tak! Pod płaszczykiem nie do końca przykładnych stosunków naszych bohaterów, kryje się dość ciekawa psychologizacja ich zachowań. Bo najważniejsze w tym wszystkim jest to, w jakim kierunku Lee ukierunkowała swoje cierpienie. Obrała w pewien sposób podobną drogę do poprzedniej, lecz tym razem nie dzieje się to kosztem jej zdrowia psychicznego... jeżeli możemy już w ogóle mówić w takich kategoriach :)


Trzy różne obrazy, każdy z nich zaś ukazuje inne spojrzenie na sprawy seksu. Niekiedy uczą i wskazują łączność między naszym umysłem, a ciałem. Stawiają nam niezręczne pytania i bez wątpienia nie pozwalają ominąć ich obojętnie. Tak więc czym prędzej do wypożyczalni... no dobra! I tak wiem, że sciągniecie to z neta :)


Majter




TO CO PIJĘ NIE ŚWIADCZY O MNIE


Link 14.06.2007 :: 19:53 Komentuj (4)

Czas na trochę luźniejszy temat... Czy zastanawialiście się kiedyś co popycha człowieka w stronę używek? Czy chodzi o chęć poznawania nowego? Łamania w sobie kolejnej bariery strachu? A może o bunt lub karę wymierzoną w swój własny organizm? Wewnętrzna myśl nakazująca sobie dopierdo*ić. Pojawia się też kwestia momentu, kiedy zdajemy sobie sprawę jak bardzo zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Często wpadamy w panikę, nierzadko też przechodzimy ze swoim problemem do porządku dziennego. Tak czy siak większa część populacji ludzkiej sterowana jest przez nałóg. Dlatego też koncerny tytoniowe i wszelkiego rodzaju rozlewnie prześcigają się w jakości swoich produktów. Coraz to nowe opakowania, coraz to ciekawsza zawartość... I jak tu się nie skusić? Domyślam się, że w momencie w którym czytasz moje słowa, masz nieodpartą ochotę skosztować coś przy czym mógłbyś Drogi Czytelniku zrelaksować się, odpłynąć... Dlatego też polecam Ci nalewkę brzoskwiniową firmy Bartex. Wbrew pozorom nie jest to zwykły jabol. Gdyby tak było nie piłbym go od dobrych dwóch lat. Żeby nie być gołosłownym przedstawię Wam kilka zalet tego trunku. Po pierwsze - jest to SMAK! Podczas spożywania napoju nie odczujesz nieprzyjemnej goryczy typowej dla innych win. Peach przypomina bardziej napój owocowy, aniżeli nalewkę. Że już nie wspomnę o zachęcającym wyglądzie, w napakowanej zakupami torbie nie wzbudzającym żadnych przykrych podejrzeń. Cena jest jeszcze bardziej rozwalająca. Napój otrzymacie w sklepach sieci Lidl za śmieszną kwotę... 3,60 zł (w zaokrągleniu) Zawsze miła i sprawna obsługa nie będzie robiła Wam denerwujących uwag odnośnie spożytego za kilka chwil trunku. Uczty nie opóźni nawet próba dostania się do środka butelki, bowiem zamknięta jest ona na najzwyklejszą w świecie zakrętkę. Na pewno przypominacie sobie chwile, kiedy przez godzinę usiłowaliście uporać się z zapadniętym korkiem. Ci, którzy pozostali przy tym relikcie przeszłości z pewnością mają już nieźle starte szkliwo nazębne. Czy muszę coś jeszcze dodawać? Oddajcie się tej trzynastoprocentowej rozkoszy smaku! Zapomnijcie o smutkach i otwórzcie swoje umysły i portfele na niesamowity aromat brzoskwini. W tej chwili nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć Wam kochani czytelnicy SMACZNEGO!


Majter




A.I. - JAK JA SIĘ ICH BOJĘ!


Link 18.06.2007 :: 07:06 Komentuj (0)

Biorąc pod uwagę fakt, iż nikt nie czyta tego bloga, uzmysłowiłem sobie jak wielkie możliwości stoją teraz przede mną. Nigdy nie miałem takiej wolności twórczej, a że moje wpisy nie muszą być poddawane ocenie z zewnątrz mogę wstrzeliwać się w dosłownie każdą tematykę. A o czym napiszę teraz? Kocham filmy s-f. Od lat młodzieńczych rządzą moją wyobraźnią. Naoglądałem się tego już tyle, że powinno mi wychodzić bokiem. Ale nie! Zawsze chętnie zbadam nawet najgorszy gniot. Co prawda w połowie seansu mogę rzucić pilotem o ścianę, grunt jednak, że nie przeszedłem obok owej produkcji obojętnie. A jakie s-f najbardziej preferuję? Oczywiście takie "przyszłościowe" z kosmitami, statkami międzygwiezdnymi, laserami i... androidami! Przez tych ostatnich długi czas nie mogłem spać po nocach. Będąc małym szkrabem zawsze chowałem się za drzwiami, kiedy na ekranie pojawiał się jakiś blaszak. Dlaczego tak mnie przerażali? Hmm... zawsze mogło mu się któremuś coś poprzestawiać w tym pozytronowym mózgu, a że był silniejszy i mądrzejszy, to bez trudu poradziłby sobie z zabiciem przedstawicieli ludzkiej obsady filmu. W dodatku komputerowe popiskiwania i światełka ze ślepiów nie zwiększały mojej sympatii do Tych istot. Wydaję mi się, że początek mojej cyber fobii wiąże się z ekranizacją "Akademii Pana Kleksa". Ale o co chodzi? Przecież to typowa baśń edukacyjna dla najmłodszych. I co do tego rzeczywiście nie ma wątpliwości. W filmie pojawia się jednak dość obszerny wątek Golarza Filipa, który za pośrednictwem lalki Adolfa pragnie zniszczyć tytułową Akademię. No i właśnie ta lalka narobiła niezłego bałaganu w moim młodym umyśle. Nie dość, że sam Golarz roztaczał wokół siebie mroczny i przerażający nastrój, potęgowany dodatkowo przez sugestywną ścieżkę dźwiękową, to w dodatku przysyła naszym bohaterom tego spiskującego, mechanicznego, małego gnojka. Już od początku swojej obecności w murach szkoły budzi grozę i niepokój. Nie posiada snów i mówi jak na robota przystało twardym, plastikowym akcentem. Jego chód jest również imponujący. To wypadkowa Terminatora i laleczki Chucky. Oblecha! Inny kultowy android - Roy Batty z "Łowcy androidów" Ridleya Scotta. Tym razem mamy do czynienia z obrazem przeznaczonym dla widza dorosłego. I o ile w Akademii czynnikiem wywołującym strach była czysta dziecięca fantazja, tak w przypadku Łowcy zaważyło świetne aktorstwo oraz imponująca wizja postapokaliptycznej Ziemi. Roy Batty szuka swoich korzeni, dosłownie zmierza do tego celu po trupach. Poprzez obsesję na punkcie przedłużenia swojego życia staje się jeszcze bardziej niebezpieczny. Jest silny, odporny na warunki nieprzyjazne człowiekowi, w dodatku posiada cholernie nie ludzki wygląd (logiczne... Rutger Hauer). Kolejnym robotem na mojej czarnej liście jest Terminator. To chyba jedna z najbardziej przerażających postaci kina. Obdarzony ludzką powłoką mechaniczny potwór, którego nic nie może powstrzymać przed zabiciem Sary Connor. Nie posiada żadnych hamulców moralnych. Ma tylko jeden cel. Trzeba przyznać, że Arnie znakomicie spisał się w tej roli. Twardy, niemiecki akcent oraz imponująca budowa - toć to cyborg pełną gębą. Ale to co najbardziej straszyło było dziełem specjalistów od efektów specjalnych i charakteryzacji. Nigdy nie zapomnę kulminacyjnej sceny w fabryce, w której to Sara ucieka na czworakach przed mechanicznym endoszkieletem. A pamiętacie może taki serial "Gwiezdna eskadra"? Był to jednosezonowy produkt, który nie przypadł do gustu zachodniej widowni. Teraz po części przyznałbym temu rację, lecz dla samego motywu androidów seria powinna przetrwać jeszcze choć jeden sezon. Tutaj maszyny walczą o swoje prawa i zawierają pakt z obcymi. Najbardziej interesujące jest jednak samo ich wprowadzenie do historii. W pierwszym odcinku pojawiają się tylko w retrospekcjach i w dodatku nie do końca, bo tylko pod postacią nie lubianych przeze mnie cyber-dźwięków i świateł. Następnie bohaterowie wymieniają między sobą informacje o nich, wspominają wielką wojnę oraz ujawniają swoją niechęć i strach. Padają bardzo ciekawe słowa: "Pamiętam kiedy byłem dzieckiem i zobaczyłem pierwszego A.I. Wyglądał jak człowiek, ale.... coś w nim było nie tak." Za to książkowym przykładem robo-świra (czyli takiego co w połowie filmu wariuje) jest Ash (Ian Holm) - oficer medyczny ze statku Nostromo. Najpierw wprowadza swoją załogę w pułapkę (dla niedomyślnych chodzi o Obcego), a potem totalnie dostaje w dekiel. Skacze, biega, mamrocze coś bez sensu, wylewa z ust białą ciecz... no i dusi Ripley. To trzeba po prostu zobaczyć! Dzisiaj spoglądam na te postacie z mniejszym niepokojem. Moja fobia zakończyła się w momencie, kiedy obejrzałem pierwszy odcinek Star Trek - The Next Generations. Jednym z bohaterów serialu jest android Data. Generalnie jest to przyjazny gość, ale nawet on w dwóch czy trzech odcinkach stanowił niebezpieczeństwo dla innych. Ma również brata Lore - kompletnego szajbusa. O Star Treku rozpiszę się jednak w następnych postach.


Majter




PRZEPIS NA LACZKA W INDEKSIE


Link 22.06.2007 :: 18:40 Komentuj (6)

Oblałem egzamin. Ale nie dostrzegam w tym zdarzeniu, aż takiej porażki. Widzę to bardziej jako dzieło, konfiturę, którą skrzętnie i skrupulatnie przygotowywałem przez kilka tygodni. Chciałbym zatem podzielić się z Wami kochani czytelnicy moim przepisem na laczka w indeksie.


Składniki:


- zaległe zaliczenie warunkowe z poprzedniego semestru


- nalewka brzoskwiniowa


- pusty zeszyt


- pusty plecak


- duża porcja luzu psychicznego


- dc ++


- piwko


- upał


- szczypta stresu podczas zbierania autografów


- kiepskie ściągi


Sposób przyrządzenia: Kiedy uda Ci się zaliczyć zaległe zaliczenie warunkowe wmawiasz sobie, że szczęście się do Ciebie uśmiechnęło i nie musisz się już uczyć. W trakcie spożywasz duże ilości nalewek i piwa ze względu na intensywny upał. Wiadomo, zabiera to sporo cennego czasu, dlatego co kilka dni postaraj się otworzyć swój plecak. Niestety - jest on pusty. Podobnie zresztą jak zeszyt. Aby zagłuszyć wyrzuty sumienia i stres przedzaliczeniowy, postaraj się pościągać trochę filmów z dc ++. Potem zaś rzuć okiem na większość tak, aby minęły dwa dni do egzaminu. Kiedy wiesz już, że nie wyrobisz się z nauką musisz przyrządzić zagrychę w postaci kiepskich ściąg. One zaś przypieczętują Twoje znakomite danie. Mam nadzieję, że te uwagi pomogą Ci w uzyskaniu podobnego efektu co w tekście. Głowa do góry i smacznego!


Majter




STAR TREK ŚMIERDZI KOMUNĄ


Link 22.06.2007 :: 23:19 Komentuj (0)

Cholera! A już myślałem, że jestem genialny. Oglądnąłem sobie kilka dni temu Star Trek VI: The Undiscovered Country i oświeciło mnie, że od Klingonów jedzie komuną na kilometr. Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy, to wszechobecny na ich planecie kolor czerwony. Dodatkowym elementem działającym na moje bodźce kojarzenia był uroczo niesprawiedliwy system sądownictwa, czyli coś jak u nas tylko, że 20 razy gorzej. Uradowany zabrałem się za pisanie, ale jak zwykle nie znałem poprawnej pisowni oryginalnego tytułu filmu. Wchodzę na stronkę ************ i co widzę? Że jacyś frajerzy wyczytali z fabuły to samo co ja, z tą różnicą, że było to ponad 20 lat temu! I jak tu się nie wkurzyć? Żeby było śmieszniej, to jeszcze doszukali się alegorii dotyczącej wybuchu Czarnobyla. Wychodzi więc na to, iż okazali się bystrzejszymi obserwatorami ode mnie. Skołowany i zdruzgotany przerażającą potęgą internetu postanowiłem przełamać chwilową awersję do tego wspaniałego nośnika informacji. Ostatnią deską ratunku było sprawdzenie komunistycznych powiązań ze Star Trek The Next Generations. Uruchomiłem Google i wpisałem kluczowe słowa "ST" i "komunizm". Sprawdziłem dwie strony... nic nie znalazłem. A do czego zmierzam? W tym bowiem serialu dziesiątki razy słyszałem, jak bohaterowie zachwalają niesamowity system, według którego żyją członkowie Federacji Zjednoczonych Planet. Wszyscy są szczęśliwi, ponieważ nie ma własności prywatnej, a ludzie kształcą się dla własnego rozwoju nie dążąc przy tym do bogacenia się. Ahh... aż się wzruszyłem. Chciałbym żyć w takiej przyszłości. Doszukałem się też dwóch fajnych rzeczy. W latach 80-tych niemal każdy film s-f ukazywał nam wizję współpracy z ZSRR. Na przykład w Odysei Kosmicznej 2010 ku przestrzeni wyruszyły dwie załogi - ruska i amerykańska. Ciągle coś im między sobą nie pasowało. Podróż była uciążliwa, ale w końcu oba kraje - dzięki ingerencji Obcych - pojednały się na tle dwóch słońc (kto oglądał ten wie o co chodzi). W Star Treku natomiast częścią załogi Kapitana Kirka jest mały rusek - Pavel Chekov. Swoją drogą wyjątkowo upierdliwy i niepotrzebny bohater. Chodzi po okręcie, coś pieprzy bez sensu. Niby jest śmieszny, ale na moje poczucie humoru działa jak środek przeczyszczający. Jego wzrost z pewnością miał sugerować niższość i posłuszeństwo wobec Zachodu. Z kolei w TNG klingończyk o imieniu Worf wychowywany był przez ziemskich rodziców - RUSKÓW! Ha! I kto jest mistrzem? Ciekawe czy to znajdziecie w Google! Podsumowując najbardziej zastanawia mnie, że twórca świata Treka - Gene Roddenberry - świadomie lub nie, wprowadza komunistyczne idee w świat amerykańskich wartości. I jak widać koegzystencja obu żywiołów sprawdza się znakomicie. Wniosek jest zatem prosty jak konstrukcja cepa. Jak się chce... to można!


Majter




CISZA PO BURZY - CZYLI CO MYŚLĘ O NOWYM JOKERZE (


Link 25.06.2007 :: 14:47 Komentuj (3)

Słonko świeci, piwko buzuje w żyłach, a mi wciąż po głowie lata jedna myśl. Dlaczego nie skomentowałem jeszcze nowego Jokera? Zalany falą opinii, które pojawiały się w internecie wciąż konsekwentnie milczałem. Chyba czekałem na taki moment kiedy emocje opadną. Wtedy też mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jestem komiksowym furiatą, plującym na wszystko co rozmija się z moimi oczekiwaniami. A takie zjawisko jest niestety nieobce fanowskim masom. Przykładem może być chociażby najnowszy obraz o Supermanie. Naoglądali sie tacy Batman Begins i z jakiegoś nieznanego mi powodu doszli do wniosku, że film Singera będzie podobny. Oczywiście nie była to produkcja nastawiona tylko na efekty specjalne, ale i to nie spodobało się zbuntowanym fanom. Narzekają na nudę chociaż nie chcieli słyszeć o spłyconej interpretacji tej postaci. Otrzymali kompromis - i się zawiedli. Zadziwiające jest jednak ich podejście do osób lubiących nową ekranizację. Hasła typu "Nie odkryłeś jeszcze, że ten film jest gupi, chociaż wszyscy cały czas pokazują ci na to dowody?" to istne perełki zaśmiecające grupy dyskusyjne. Podobny przykład dotyczy serialu Heroes. Na forach odzywają się głosy, że ostatni odcinek był za mało cliffhanger'owy. Oczekiwali nagłego zwrotu akcji ala Lost. Zamiast tego trzymali zwarty finał. Znowu się zawiedli. Problem jednak w tym, że twórcy sami uprzedzali o zamknięciu wszystkich wątków w jednej serii. Kolejny punkt potwierdzający głuchotę internetoli. Jeżeli chodzi o nowego Jokera, to ludzie podzielili się na dwa obozy. Pierwszy zaczął napierdalać na zdjęcie zanim się jeszcze pojawiło. Nie chcieli nawet słyszeć o Ledgerze jako odtwórcy szalonego clauna. Dla nich bogiem był tylko i wyłącznie Nicholson i bez znaczenia było, że jego interpretacja była daleka od pierwowzoru. Ale nic... mamy jeszcze drugi obóz, wychwalający rolę nowego aktora jako znakomitą, szaloną, chorą itd. Wszystko fajnie, tylko skąd oni to wiedzą na kilka tygodni przed premierą? Ja jestem wśród tych, którzy cichutko podśmiechują się z obu grup. Jedna przeszczekuje drugą, a wydarzeniu temu towarzyszą często przezabawne argumentacje. A Joker? Wygląda fajnie, ale cały czas czekam, aż wyszczerzy zęby w uśmiechu.


Zdjęcie przedstawiające nowego Jokera


Majter




ROZKOSZ SMAKU


Link 26.06.2007 :: 22:51 Komentuj (4)

Gdzie ja miałem oczy? W czasie zwiedzania sąsiednich blogów zrozumiałem jak dziecinny byłem pisząc o wydarzeniach filmowych, komiksach i trunkach przeze mnie połykanych. Jak mogłem oczekiwać, że kogoś zainteresują moje teorie o Klingonach? Teraz wiem co naprawdę jest interesujące! To niezwykle wartościowa poezja depresyjna. Zauważyłem, iż najciekawsze prace pochodzą spod pióra młodego polskiego pokolenia w przedziale wiekowym 12-16 lat. Nie metryka jest tu jednak ważna! W twórczości tej dostrzegłem bowiem świeże prądy estetyczne. Rosną nam młodzi poeci na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Ale czy taki plebs jak ja pojmie ogrom tego zjawiska? Pozostaje mi jedynie go wychwalać. Dlatego też przerzucam się na tematykę bliższą memu sercu, aczkolwiek równie ambitną. W myśl nowych zasad panujących na moim blogu... opiszę co przed chwilą jadłem! Była to Mielonka Wieprzowa. Już samo opakowanie, a mianowicie puszka konserwowa, wskazywała na to, iż jest to danie najwyższych lotów. Znakomite logo okraszone kolistą obwolutą oraz artystyczny, mdły kolor naklejki mówił: otwórz mnie! Tak też uczyniłem. Wpierw jednak wyjąłem suchy chleb, gnieniegdzie urozmaicony makiem. Posmarowałem go masłem... niestety nie mogę przypomnieć sobie jego marki. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Kiedy rozsmarowałem je po powierzchni pieczywa, natychmiast zabrałem się za krojenie mielonki. Otoczona była masą smalcową, która momentalnie wybijała na powierzchnię w kontakcie z nożem. Zapach słonego mięsa wzniósł się w powietrzu. Po krótkiej chwili ogromny kawał mielonki znalazł się na chlebie. Aby urozmaicić ucztę polałem potrawę sosem pomidorowym, przenośnie nazywanym keczupem. Smak! Po prostu nie do opisania! "Niebo w gębie" - toć to obraźliwe określenie dla Wieprzowej! To rozkosz! A jak pięknie się prezentuje...


Efekt końcowy kulinarnych zabiegów


Majter




JEBAĆ KOŚCIÓŁ, JEBAĆ KLER... I JEST OK


Link 28.06.2007 :: 18:19 Komentuj (6)

Już nie raz naraziłem się przedstawicielom klasy szatanisztycznej wypowiadając głośno swoje poglądy. Sam w dodatku wywodzę się z kręgów szatamańskich. Będąc siedemnastoletnim szczylem uwielbiałem zakładać na siebie czarne koszulki z czaszkami i diabłami, męczyć się w upalne dni dzięki mega eleganckim i wygodnym butom marki glan. To były czasy. Dzieciaki potrzebują jakiegoś systemu wartości. A odnajdują go dzięki przyłączaniu się do grupy. Każda zaś grupa ma idee. Inaczej nie byłoby mowy o wcześniej wspomnianym systemie. No a metale jak to metale... raczej z Kościołem nie żyją za dobrze, ale nigdy nie słyszałem, aby główną doktryną tej kultury było skrajne zwalczanie kleru. Wszystko przez bezmózgie dzieciaki, które nie mają gdzie ulokować swoich kompleksów i koncentrują swój atak w stronę Kościoła. Sam wiem, że coniedzielne wysyłanie mnie na Mszę Świętą było istną katorgą. Dlatego też jest to pierwsza rzecz kojarząca mi się z przymusem okresu niepełnoletności. Miałem więc przeciw czemu się buntować. Warto wspomnieć, że dyskusje o religii były niezwykle żywe wśród metaszczyli. Każdy myślał, że pozjadał tony książek. Znali się na tłumaczeniu Biblii, historię mięli w przysłowiowej pigułce. No dosłownie śmietanka towarzyska. Ten wzajemny krąg adoracji pełen był jednak zakompleksionych istot, które właśnie w grupie pseudointelektualistów czuła się bezpiecznie. Poza tym nikt nie miał prawa czuć się gorszym, innym - bo skoro wszyscy klepią wciąż te same poglądy i nieustannie sobie przytakują, to nie ma mowy o niebezpiecznej oryginalności. Sporo z tych wykolejeńców przekracza 21 rok życia w ogóle nie zmieniając otoczenia, cały czas kisząc się w tej samej zupie sympatii. Nie wiem jak Wy, ale wydaje mi się, że w życiu chyba chodzi o poznawanie nowych ludzi, wychodzenie spod klosza, a w końcu rozwijanie się. A o tym w skiszonej grupie lizusów można już zapomnieć. Ale moment! Jedna rzecz się rozwija - poziom elokwencji w obrażaniu świętości, które wyznają inni ludzie. Nie dość, że sami w nic nie wierzą, to jeszcze plują na system wartości o którym nie mają pojęcia. Pakują wszystkich do jednego wora, nie zdając sobie sprawy co dla takiej "pojebanej moherówy" znaczy codzienna modlitwa. Nie przejdzie przez myśl stwierdzenie, iż pewnie kojarzy jej się ze sprawami, za które na przykład zginęli jej bliscy? A może wiara pomagała jej przejść przez biedę lub ciężkie czasy drugiej wojny światowej? Tak! Jebmy na księży. A pamięta ktoś o ludziach trzymających w ryzach ludzi wspierających opozycję antykomunistyczną? Podpowiem, że chodzi o tych, których chcielibyście zajebać. Kościół popełnił wiele błędów. Nie jest to instytucja idealna i spełniająca potrzeby każdego człowieka. Ale przykro mi się robi (chociaż nie nazwałbym siebie gorliwym katolikiem), gdy widzę nieuzasadnioną, nieuargumentowaną głupotę wypowiedzi. Jeżeli chcecie kogoś atakować, zabierzcie się za to porządnie. Uzbierajcie rzetelny materiał badawczy i wysuńcie argumenty. Chociaż i tak znajdą się jeszcze ci piastujący sprawdzonym patentom: JEBAĆ KSIĘŻY, PALIĆ KOŚCIOŁY! Piękne! Naprawdę! BTW - Jeżeli ktoś poczuł się urażony lekturą to znaczy, że tekst dotyczy właśnie jego osoby. BTW2 - Znam wielu metali i są to wspaniali ludzie, jednak spory odsetek z tej grupy stanowią debile, którzy zatrzymali się w rozwoju na etapie liceum. Nie muszę dodawać, jak bardzo denerwują mnie kindermetale.


Majter




KOLEJNE OGNIWO EWOLUCJI


Link 29.06.2007 :: 21:22 Komentuj (1)

Witajcie w STREFIE 69!


Studenci to dziwne istoty. W sytuacjach podbramkowych robią zaskakujące rzeczy, zahaczające niekiedy o naukę ciemną. Bywa też i tak, że w natłoku nieznanego wzrost adrenaliny przysłania im prawdziwą naturę rzeczy. Mowa tu oczywiście o tych żakach, u których poziom natężenia naukowego nie był proporcjonalny do czasu spędzonego w pubie obok uczelni. Być może obecność w tamtym miejscu, długie kontemplacje podobne w swym zastosowaniu do medytacji, pozwoliły wykształcić u nich paranormalne cechy przydatne do zdania egzaminu. Ze względu na te niesamowite moce uwolnione tuż przed sesją, pozwoliłem sobie podzielić ich na trzy grupy. Niektórzy należą do obu, inni po prostu uczyli się na bierząco...


KOMBINATORZY


Od nich zacznę swą analizę, ponieważ stanowią jeden z najbardziej znanych nauce obiektów. Biorąc pod uwagę ich wrodzoną niechęć do przyswajania wiedzy podręcznikowej możemy stwierdzić, że nie robią dosłownie nic. Nie wynika to jednak z niskiego intelektu czy też najzwyklejszego w świecie lenistwa. Wymyślenie planu działania. który ocaliłby ich skórę, a jednocześnie nie zmuszał do otwierania podręcznika jest bardzo czasochłonny. Wszystko bowiem musi być zapięte na ostatni guzik, nic nie może wymknąć się spod kontroli. W okresie przedsesyjnym geny kombinujące są uśpione. Ich wzmożona aktywność przypada na dwa tygodnie przed egzaminami, nierzadko wykorzystywane są przy kołach, zaliczeniach ustnych. Odpowiadają też za funkcje biologiczne, które ukazują człowieka jako "lapsa" i "ofiarę". Pozwala to wywołać u wystawiającego ocenę tzw. litość.


X-MÓZGI


Ta grupa stanowi niezwykłą ciekawostkę, ponieważ naukowcom nie udało się jeszcze znaleźć genu odpowiadającego za nadpobudliwość szarych komórek w mózgu. Znane są natomiast symptomy. Najczęściej obiekt nie jest w stanie zaliczyć żadnego przedmiotu. Często sytuacja ta wywołuje u niego dyskomfort psychiczny. Jest poddenerwowany, opada z niego wola dalszej egzystencji. Kiedy nie ma już żadnej nadziei moc objawia się w postaci spotęgowanej wiedzy. To co wcześniej było nie do zapamiętania, teraz staje się dziecinnie proste i oczywiste. Student podchodzi do zaliczenia niepewny swojej wiedzy. Dlatego też efekty widać podczas egzaminu, kiedy usta obiektu same, pozbawione kontroli właściciela, poruszają się wyrzucając ze swojego wnętrza gigabajty informacji. Sam zdający często zaskoczony jest przebiegiem sytuacji. Pod wpływem szoku zapomina o nabytej umiejętności, po czym udaje się do baru, czekając do następnego roku na kolejne przebudzenie x-genu.


PIZDUSIE


No cóż... Pizdusiów zostawiłem w swojej pracy na sam koniec. Ciężko określić, czy ich przypadłość można uznać za efekt ewolucji. U pewnej grupy studentów odkryto rozkład DNA i RNA. Całkowita degradacja genu sprowadziła ich na poziom depresji intelektualno-emocjonalnej. Objawia się to frustracją wynikającą z sesyjnych niepowodzeń oraz odreagowywaniu jej na przedstawicielach podpiętych pod wyżej wspomniane grupy. Szczególnie kłopotliwe osobniki są kastrowane. A czy Ty drogi czytelniku odkryłeś u siebie jakieś MOCE? Napisz do Nas!


Majter








| Lay&html by Majter |



Księga Gości

[ zobacz księgę | dopisz do księgi ]

A r c h i w u m

2008
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec



Kategorie

Obserwacje(14)
Film(7)
Trochę kurtury kur*a!(7)
Psioczenie(7)
Alko-world(3)
Kulinaria(2)
Komiks z morałem(2)
Komiksowo(2)


L i n k i

Moje filmy na Youtube
Blog Kubusia
Znakomita audycja alkoholowa
Polska strona o Gwiezdnej Wędrówce
Polski blogger
Batcave - serwis komiksowy
Krypton League - serwis komiksowy
Pojeby :)
Rygorystyczne oceny
Oceny.org
Darmowy katalog stron


www.pajacyk.pl



;]
Czasami mam sraczkę myśli... więc piszę.

Kombajn, którym stworzyłem tego bloga :D

Copyright © by Majter