Od pewnego czasu dało się u mnie zauważyć typowy brak weny twórczej. Blog świecił pustkami, ja zaś w wolnych chwilach pragnąłem otworzyć umysł na nowe prądy myślowe, zahaczając w skasowanych już notkach o kwestie toalet, magicznych symboli zamkniętych w konstrukcji schodów muzealnych jak i jeszcze kilku innych nie wartych odnotowania uwag. Cierpliwie czekałem, aż temat przyjdzie sam. Mówi się, że życie potrafi napisać najlepszą historię. Jednak cena, którą poniosłem by wstawić tutaj dobrą notkę była raczej zbyt wygórowana (z pewnością najbardziej dla mojej kieszeni). Tak się bowiem stało, iż podczas zakupu napoju brzoskwiniowego w jednym ze sklepów sieci Lidl, zgubiłem tak skrzętnie pilnowane przeze mnie dotychczas dokumenty m.in. legitymację studencką. Fala nieszczęść następujących po tym wydarzeniu była dla mnie niezwykle kłopotliwa. Ze stratą na przykład takiej sieciówki wiązały się zwiększone koszta transportu mojego tyłka komunikacją miejską. Przepadły mi również godziny pracy, które musiałem przeznaczyć na załatwianie duplikatu potwierdzającego moją studencką egzystencję. Właśnie w trakcie wypełniania tej formalności spotkała mnie dość specyficzna sytuacja, a to dlatego, iż zainicjowana przez babcię menelkę...
AKT PIERWSZY - MOJA UCZELNIA
Zanim rozpocząłem nauki na wydziale historii uniwersytetu ***, moje wyobrażenie o tym miejscu wyglądało zupełnie inaczej. Widziałem je jako zabytkową kamienicę, pałacyk, tudzież opuszczony budynek należący niegdyś do liceum z tradycjami. Wokół roztaczał się zaś park, wewnątrz którego stałyby dumnie pomniki zacnych obywateli naszego miasta, fundatorów, burmistrzów, postaci wyróżniających się na przestrzeni dziejów. W moim projekcie z dojściem do centrum miasta, gdzie najwięcej powinno się kręcić żaków, nie byłoby absolutnie żadnego problemu. Nieopodal jakiś bar lub klub dopełniałby obraz idealnego środowiska uczelnianego. Powiedzieć, że rzeczywistość okazała się bardziej brutalna to za mało. Zacznijmy od tego, że omawiany obiekt znajduje się na totalnym zadupiu. Wokół roztaczają się widoki typu: tory kolejowe, fabryki, izba wytrzeźwień, sklep monopolowy (swoją drogą bliżej do niego z przystanku aniżeli na uczelnię). Kiedy zaś pierwszy raz pojawiłem się na wydziale, moim oczom ukazał się szary biurowiec, przypominający swoim stylem budynek OHPu. Po prostu nic szczególnego. Bida. Kawałek za uczelnią, wzdłuż ulicy znajdują się baraki dla bezdomnych, biedoty, recydywy i menelstwa. W godzinach nocnych mundurowi się tam raczej nie zapuszczają. Nie raz można spotkać w autobusie jednego z przedstawicieli tamtejszej żulowskiej komuny. Odznaczają się oni specyficzną wonią taniego wina i palonych przez pięciu różnych ludzi kipów. Ci bardziej trzeźwi to zazwyczaj pochodzące z kazirodczych związków prostactwo (tak przynajmniej wyglądają), niezbyt obyte w słowie i czynie, głośne i pozbawione wiedzy o higienie osobistej. Panny kurewki również się do nich zaliczają. I w takim krajobrazie przyszło studentom z *********y poznawać tajniki wiedzy historycznej. Dlaczego o tym wspominam? Zaraz wszystko stanie się jasne.
AKT DRUGI - "POOOMÓŻCIE MI KOCHAAAANI PANOOOOWIE"
Mam nadzieję, że po dokonaniu tak szczegółowej charakterystyki mojego wydziału nie zdziwi nikogo fakt, jak niechętnie wracałem do tego miejsca. Zmusiły mnie do tego okoliczności opisane wyżej. Również dziekanat nie kojarzy mi się zbyt miło. Pojawiam się tam tak rzadko jak tylko mogę. Panie tam się znajdujące, są raczej średnio użyteczne. Momentami sprawiają wrażenie mocno podminowanych naszą obecnością. Zauważyłem, że przejęły one pewien policyjny patent, "dobry i zły glina". Jak nie trudno się domyślić - jedna babka ma tendencje do sporadycznego uśmiechania się (aby za chwilę kogoś zjechać), druga zaś to typowa suka. Nic dodać, nic ująć. Legitymacja oczywiście nie była gotowa, mimo iż "zamówiłem" ją z dwudniowym wyprzedzeniem. Błąd ten natychmiast poprawiono, tekturowy świstek uzupełniono i wydano. Natomiast kolega mi towarzyszący złożył indeks i mogliśmy wreszcie jechać do Pracy. Na zewnątrz panował ostry skwar. Głodny i atakowany promieniami słońca nie byłem przygotowany na to co zaraz nastąpi. Ze strony przystanku dobiegło nas donośne błaganie o pomoc: - Paaanowieee kochaaaani! Maaam do waaaas wielkąąąą prośbęęęe! Błagaaaam! Pomóżcie mi - zawołała stara kobiecina na wóźku inwalidzkim, z petem w gębie i psem przywiązanym do uchwytu jej pojazdu. - Ale w jaki sposób mamy pomóc? - Błaaagam panóóóów - zawodzeniu nie było końca. Wkońcu po minucie jęków uzyskaliśmy od babci podstawową informację o intencji jej żali - Zawieeeźcie mnie do doooomu! Proooszęęę! Jaaa już nie maaaam sił, błaaagam waaas panowieeeee! Pierwsza myśl "cholera! to nieco komplikuje sytuację". - Bardzo chętnie byśmy pomogli, ale zaraz mamy autobus... no i spieszymy się do pracy - odparłem. Była to wymówka znakomita i w dodatku prawdziwa. Nic tym jednak nie wskóraliśmy. - Ale paaanowieee ja was błaaaagam! Pomóóóóżcie. Sprawa przedstawiała się naprawdę poważnie. Stara z kolei wyglądała bardzo wiarygodnie. Poza tym w pobliżu nie było zupełnie nikogo, kto mógłby przejąć na siebie to odpowiedzialne zadanie. Serce podpowiadało, że trzeba coś zrobić. - A gdzie pani mieszka? - zapytałem. - 5 minuteeeek drogiii to jeeest, napraaawdę! Możeee mniejjjj, tam z tyłuuuuu w barakaaaaach mieszkaaaaaam. "5 minut? To niewiele, chociaż z drugiej strony zaraz może podjechać autobus...". Kumpel podskoczył na przystanek, aby sprawdzić rozkład jazdy. Ja w tym czasie rozmyślałem jak dyskretnie się ulotnić. Z drugiej strony targały mną silne wyrzuty sumienia. - Za 20 minut - poinformował M****ł. - No nic... to jedziemy! - złapałem wózek i zacząłem pchać. Kiedy mijaliśmy uczelnie w jednym z okien pojawiły się dwie babki: - Ta pani już dojedzie sobie sama - wymamrotały. Przystanęliśmy na chwilę zastanawiając się nad sensem tej uwagi, a że nie otrzymaliśmy żadnych dodatkowych informacji postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Babcia tymczasem ujawniła swój prawdziwy temperament. Odwiązała psa i rozkazała chrapliwym skrzekiem: - Celina! Na chodnik! Idź z boku! Pies natychmiast wykonał polecenie. Babina zaś zaczęła dokazywać: - Wolnieeeej! Wolnieeeej! Bo mi wózek rozwalisz!!!! - No niestety, spieszy mi się! - Ceeelina!!! Kur*a! Na chodnik! O, nieeech pan zobaczy jak ładnie idzie! Kur*waaaa! Celina na bok. A że pies był niegrzeczny, to za karę wplątał mu się w ogon jakiś badziew (chyba gałązka). Babcia nie mogąc tego przeżyć zawołała do mojego kompana: - Nieeech pan jeeeej to wyjmieeee! Błaaaagam! Nieeech pan jeeeeeej to wyjmieeee!!! Kolega z grzeczności uczynił jak prosiła. Powoli jednak sytuacja stawała się patowa. Czas zdawał się wydłużać do nieskończoności, a kobieta wciąż marudziła i prosiła o mniejszą prędkość. Za chwilę zaczęły doskwierać jej turbulencje, na które nie mogłem zupełnie nic poradzić, ponieważ cała droga była rozpierdolona. Po paru chwilach wreszcie dostrzegliśmy upragnione baraki. Wcześniej już zacząłem sobie zdawać sprawę z tego, że coś tutaj śmierdzi ściemą. Nie bez powodu bowiem odzywały się niewiasty z okna. Głupio było jednak zostawić staruchę na środku jezdni. Podjechaliśmy pod jej barak, a konkretniej schody prowadzące do środka. W tle rozbrzmiewały pijackie przyśpiewki, zaś z klatki schodowej wyłaniał się widok totalnego chołoctwa i syfu. Ciemny, niemal piwniczny korytarz z ledwo świecącymi się lampami. I w tej oto chwili wydarzył się cud! Babcia wstała o własnych siłach z wózka. Mi zaś nic nie robiło już różnicy... i wniosłem dwukołowca po schodach. Koledze zaś przypadło w zaszczycie trzymanie ważącej tonę reklamówki. Babka grzecznie podziękowała, my zaś udaliśmy się do punktu docelowego w nadziei, że nikt nas nie okradnie, tudzież nie pobije. Zaraz po wejściu do autobusu zaczęliśmy wymieniać się uwagami na temat tego, co przed chwilą zaszło. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że babina symulowała przez cały czas wykorzystując naszą... hmm... dobroć? Usłyszała to pani siedząca nieopodal: - Daliście się nabrać?? - zapytała z uśmiechem na twarzy. Po czym oznajmiła, że mieszka nieopodal i zna starą z takich właśnie wyczynów. Jedynym pocieszeniem był fakt, iż zrobiliśmy po drodze kilka fajnych zdjęć, z których śmialiśmy się całą drogę.
Jak można podsumować to zdarzenie? Czy jestem frajerem? Zdecydowanie TAK! Ale przynajmniej zrobiłem dobry uczynek. Limit w tym roku się wyczerpał. Nasuwa się jednak myśl, czy zrobienie czegoś dobrego dla innych musi się w obecnych czasach kończyć poczuciem totalnego wychuj*ania? Czy na każdym kroku zmuszeni jesteśmy uważać na to, czy osoba pragnąca udzielenia jej pomocy nie jest przypadkiem kolejnym naciągaczem? Przecież nie raz zdarzyło mi się otwierać drzwi ludziom bezdomnym, rzekomo nie posiadającym środków do życia, kalekim, którzy finalnie okazywali się kłamcami żebrzącymi tak naprawdę na chlanie. Nic nie przebije kolesia podającego się za głuchego (w wejściu do drzwi pokazywał karteczkę zawierającą dokładny opis jego sytuacji zdrowotnej i finansowej), aby godzinę później spotkać go rozmawiającego ze swoim znajomym jakby nigdy nic. Pozostawiam Ciebie drogi czytelniku z tymi oto pytaniami. Sam nie znam na nie odpowiedzi. Jakiekolwiek przemyślenia będące następstwem moich doświadczeń z ludźmi takiego pokroju, nasuwają mi sceptyczne wnioski odnośnie człowieczeństwa. I pamiętaj - nie daj się zrobić w balona! Pozdrawiam serdecznie wszystkich ludzi dobrej woli!
Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)