* Z góry uprzedzam, że tekst ten przepełniony jest treściami pirackimi.*


No i do czego to doszło? W dobie superszybkiego internetu człowiek nie podnosząc tyłka z krzesła jest zdolny w ciągu jednego dnia dorwać lekką ręką dziesięć albumów muzycznych, z czego tak naprawdę przesłucha tylko dwa. Reszta w najlepszym przypadku zostanie na jakiś czas zapomniana, czekając na swoją kolej gdzieś w jednym z podfolderów o nazwie "nowe mp3". Pomocna w takim wypadku jest możliwość losowego wybierania kawałków w Winampie. Sam tak uczyniłem i muszę przyznać, iż niektóre tytuły widniejące na playliście rzeczywiście wprawiły mnie w zdumienie. Pozwolę sobie na przypuszczenie, iż z podobnym problemem borykają się miliony internautów, którzy zaspakajają głód oraz ciekawość muzyczną w nadziei na odnalezienie czegoś, co rzeczywiście wpadnie im na dłużej w ucho. Ja natomiast stwierdzam z bólem, że zwyczajnie zapędziłem się w kozi róg.

Natury nie da się zmienić - posiadam tylko jedną parę uszu, a kartki w kalendarzu bezlitośnie zbliżają mnie do premier kolejnych ciekawych płyt. Siłą rzeczy kilkunastu albumów po prostu nigdy nie przesłucham w całości.
Pośrednim sprawcą nadmiernego przyrostu mp3-jek na twardym dysku jest serwis Last.fm. Wynalazek ten do najmłodszych nie należy, ale jak już nie raz wspominałem, to co popularne dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. Tak więc kiedy inni postanowili pożegnać się z witryną i wcisnąć magiczny przycisk "delete account", ja (chociaż z początku pesymistycznie nastawiony) rozpocząłem interesującą podróż po Last. Dobrodziejstw stronka posiada co nie miara, aby jednak nie zanudzać wspomnę jedynie o dwóch dla mnie najważniejszych: odnajdywanie podobnych stylistycznie wykonawców oraz możliwość wglądu do odsłuchiwanej przez innych użytkowników muzyki. I w tym momencie pojawia się oczywisty wniosek. Wspomniane wyżej cechy serwisu nie brzmią w najmniejszym stopniu jak otwarta krytyka. To jedynie człowiek źle wykorzystując dane narzędzie pomocy może przynieść szkodę sobie samemu.
Co by jednak nie mówić, pewne tytuły zdołały na stałe wejść do moich ulubionych. I o tym zasadniczo miał być właśnie ten tekst. Niestety znów dała o sobie znać moja tendencja do odbiegania od tematu. Dlatego jeżeli ktoś jeszcze ma siłę zagłębić się w dalszą treść (a raczej jego końcówkę) to gorąco zapraszam. Obiecuję nie dać się zwieść ponownie temu złośliwemu chochlikowi w mojej głowie.

No więc cóż ja takiego ciekawego słucham?
Dużo ostatnio u mnie post-metalu. Do zainteresowania się tym nurtem skłoniły mnie pochlebne słowa o najnowszej płycie Neurosis z ust mojego kolegi. Mimo, iż nie przyjęła się na długo w moich głośnikach, za sprawą wspomnianej wyżej opcji oferowanej przez L-fm dotarłem do takich kapel jak Callisto, Jesu, The Ocean, czy też znakomitej Cult of Luna. Natomiast słuchany na długo przed tym Isis pozwolił mi bezboleśnie wejść w klimat post-metalowego grania. Nie zapomniałem również o moim ukochanym progresywnym rocku/metalu. Gdyby nie internet prawdopodobnie nigdy nie usłyszałbym chociażby o takim Pitbulls In The Nursery. Jest to kawał cholernie dobrego technicznego death metalu, którego dźwięki budzą skojarzenia z legendarnym Death (moim skromnym zdaniem rzeczywiście można się dopatrzyć pewnych podobieństw). A co powiecie na taki twór jak Between The Buried And Me? Dla mnie jest to wręcz cudaczne połączenie progcoru z echami twórczości młodzieżowego rocka i sztandarowego progresu, które o dziwo znakomicie sprawdza się w praktyce. Radość grania i młodzieńczy wigor jednym słowem. Na koniec chciałbym wspomnieć o dwóch pozycjach, które ugasiły nieco gorycz związaną z rozczarowaniem moimi dwiema ulubionymi formacjami. Pierwsza z nich to Porupine Tree. Banda Wilsona nagrała album przyzwoity (mowa o Fear of a Blank Planet), zwarty i konkretny. Momentami zaskakująco ciężki i na swój sposób innowacyjny. Szkoda jednak, że nie zdołał wywrzeć na mnie takiego wrażenia jak poprzednie krążki, do których wracam z o wiele większą aprobatą. Najnowszy album No Man (dla niewtajemniczonych - w nim również zasiada uzdolniony Mr Wilson) w pełni mi to zrekompensował. Podobną ulgę przyniosła EPka Bloodbath - Unblessing The Purity. Grupa ta za wiele wspólnego z twórczością Opeth nie ma. Wspólnym mianownikiem spinającym oba projekty, są muzycy Martin Axenrot oraz Mikael Åkerfeldt. Opeth - Watershed do najcięższych albumów nie należy, natomiast Bloodbath pokazało, iż Akerfeldt pamięta jeszcze co to znaczy porządnie przygrzmocić.

Uff... strasznie wymęczyło mnie to pisanie. Nie obrazicie się, że zakończę te dywagacje bez wytrawnej puenty? Dodam jedynie, że do omówienia jest jeszcze masa projektów muzycznych. Przy nadarzającej się sposobności napiszę o nich w jakimś ambitniejszym tekście.



Narka :)

Cult of Luna


Pitbulls In The Nursery


Between The Buried And Me


Bloodbath


No Man


Majter



Name:


Komentarze:

15.06.2008 :: 16:47 :: 83.8.150.191
olka
ja swego czasu mialam 5 folderow o nazwach zblizonych do 'nowe mp3', 'niu', 'nowa mjuzik' itp;p a potem okazalo sie,ze niektore plytki sa zdublowane w tych 'nowatorskich' folderach.
A co do last.fm,to lekko wjezdza na psyche, podswiadomie zaczynamy zastanawiac sie ile w tym tygodniu nabilismy juz mp3...
pozdrawiam ;]

07.06.2008 :: 23:14 :: 83.28.19.10
Kuba
O, o muzyce Majter pisze. Czyżby komiksów brakowało, filmy w kinie słabe oraz nie ma się z kogo/czego pośmiać? Do poprawki, ale to już!