|
Gdzie się podział ten młody metal? Żyje i ma się dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję. Od kilku lat przechodzę ostry kryzys muzyczny. Niby wszystko jest w porządku i ciężkie brzmienia wciąż podnoszą mój tyłek z kanapy, ale serce podpowiada, że coś się zmieniło. Najwidoczniej stałem się bardziej krytyczny. Nie wszystko przyjmuję już z taką łatwością. Są kapele, które nudzą mi się po kilku dniach, a kawałki przypadające innym do gustu nie porywają do tego stopnia, aby odpalić je ponownie. Całe szczęście istnieją jeszcze kapele zdolne do obudzenia mojej rockowej duszy. Należą do nich Opeth, Lux Occulta i... Meshuggah.
To chyba te matematyczne, mięsiste podziały sprawiają, że nie mogę oderwać się od muzycznej lektury serwowanej przez szwedzkich artystów. Nowa płyta nosząca nazwę obZen pozornie nie wnosi nic nowego do ich dyskografii, ale... no właśnie. Progresywne, rytmicznie wykalkulowane riffy nie nawiązują już tylko do wcześniejszych meshuggowskich patentów. Momentami jesteśmy w stanie usłyszeć toolopodobne bajery i zapewniam, że nie piszę tego tylko jako fanatyk Maynarda. Oprócz markowego, specyficznego dla kapeli ciężaru pojawia się również moment wytchnienia - przestrzenne, wyciszone partie, w odpowiednim momencie znakomicie miażdżone przez gitarową potęgę. W sferze wokalu nie widać szczególnej ewolucji, co nie jest oczywiście zarzutem przeciw umiejętnościom Jensa Kidmana. Facet niezmiennie wykonuje wspaniałą robotę, zapodając nam ten sam, dobrze sprawdzony patent. Jego krzyk wciąż jest pełen energii. Jak żaden frontman czyni ze swojego głosu kolejny instrument, przy okazji dodając utworom jeszcze większej miazgi. Znakomicie mieści się w podziałach, które (tak! teraz będzie najmilsza niespodzianka) na najnowszej płycie wyłamując się z twardej matmy, stają się bardziej elastyczne. Meshuggah - obZen to kawał dobrego mięska. Konkretna napierdalanka z ciekawymi aranżacjami. I chyba tego właśnie szukam przez cały czas w muzyce. Intensywności, ciężaru i pasji. Majter
Name: Komentarze: |