No tak... Raz w roku przychodzi taki dzień kiedy część mojej natury odpowiedzialna za całą tą ignorancję i chamstwo, którego mogliście uświadczyć na blogu wymięka całkowicie i czeka do chwili wybicia godziny dwunastej w noc sylwestrową. Boże Narodzenie jest moim ulubionym świętem, a co najdziwniejsze wielu ateistów i osobników będących na bakier z Kościołem niestrudzenie wyczekuje 24 grudnia jakoś dziwnie podekscytowana i napełniona duchem optymizmu mimo, iż sama geneza tego dnia stanowi dla nich rzecz równoważną ze zjedzoną przed chwilą kanapką z pasztetem. Gdzie zatem leży tajemnica Bożego Narodzenia? Czyżby kluczem do rozwikłania zagadki tego niepowtarzalnego klimatu był puszczany już dziesiąty raz na antenie telewizji Kevin sam w domu? A może to napotykane co krok lampki oraz ozdoby świąteczne rozczulają nas do tego stopnia, iż nie myślimy już o niczym innym jak tylko o uśmiechu drugiej osoby i możliwości spędzenia nadchodzących chwil w gronie rodziny? O dziwo coś w tym jest. Tradycja polska nie ma się czego wstydzić w starciu z wytworami amerykańskich mediów, ale część prawdy leży we stwierdzeniu, że kochamy podejście naszych zachodnich sąsiadów do kwestii Świąt. Mamy oczywiście nasze piękne kolędy, dwanaście potraw, sianko pod stołem i Gwiazdora, ale czy na myśl o tym dniu nie widzimy oczami wyobraźni reklamy Coca-Coli?
Od siebie muszę natomiast dodać, iż uwielbiam piosenki Franka Sinatry - White Christmas i Let it Snow. Od kiedy żelazna kurtyna przestała istnieć dzieciom należącym do mojego pokolenia ukazała się zupełnie inna wizja świąt. Do dziś wspominam z sentymentem lecące na niemieckim kanale reklamy z udziałem Mikołaja oraz telewizyjne premiery familijnych filmów, których akcja działa się zazwyczaj w zaśnieżonym NYC. Przypływające z zagranicy bożonarodzeniowe trendy połączyły się z rodzimymi. Nasi rodzice w swojej pamięci noszą obraz ozdobionej owocami choinki, zapach pieczonych ciastek oraz spotkania w dużym gronie rodzinnym, elementy obecnie zanikające i tak różne od tego co znamy dzisiaj.
Dochodzimy więc do nieuniknionej konkluzji. Przerośnięta amerykanizacja naszego najważniejszego w kraju święta bardzo często pojawia się jako jeden z głównych problemów w ocenie współczesności. Obawa przed zanikiem narodowych wartości jest w jakiś sposób uzasadniona, ponieważ serwowane nam przez jankesów elementy budzą ogromne emocje i czynią Boże Narodzenie znacznie bardziej atrakcyjnym. Ja jednak skłoniłbym się ku tezie o naturalnym, nieinwazyjnym łączeniu się tradycji obu kultur.
W ostateczności stanowią one dla mnie jedynie otoczkę emocji oraz dobrych rzeczy kojarzących mi się z grudniowym dniem dobroci. Myślę w tym momencie o udanych próbach mojej mamy w zapewnieniu mi i rodzeństwu udanych, pełnych szczęścia godzin. Kasa nigdy się u nas nie przelewała, lecz nie pamiętam, aby kiedykolwiek zabrakło u nas prezentów, nawet tych skromnych, choinki czy wigilijnych potraw. Trzeba zaś przyznać, że uśmiechnięty w telewizorze Kevin czy też Alf rozdający chorym dzieciom podarki skutecznie odwracali uwagę od tych problemów.
Majter


![;]](http://img236.imageshack.us/img236/1673/jablofdo3.jpg)